reklama
  • W podróży
  • Świat

Lanzarote – księżycowy raj na weekend

autor: Beata Woźniak
  • Wyspy Kanaryjskie
  • Arrecife
  • Hiszpański
  • Euro

Lanzarote to wielkie dzieło sztuki i tym samym jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. 

Fajna plaża? – zastanawia się José, kelner z wyboru, bo niezobowiązująca praca pozwala mu surfować... z rekinami. – Zależy, co chcecie robić – mówi. – Kameralnie jest pod wioską Órzola na północy, gdzie na białym piasku poukładane są parawany z czarnego tufu. Weźcie chleb, to pokarmicie ryby. Odludki mogą zadekować się na Janubio, plaży długiej i puściusieńkiej. Tam piasek dla odmiany jest czarny jak mak.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Dla typowych plażowiczów tylko Papagayo: zatoczki niczym z reklamy bounty, niedaleko kurortu Playa Blanca. Brytyjczycy zalegają na leżakach w miasteczku Costa Teguise. Trzy, cztery kroki i już są w barze. A może największa Famara? Poopalacie się na golasa... – mruży oko i dodaje rozpromieniony: – Albo wskoczycie na deskę. Miejsce jest wymarzone. Wiatr wieje jak trzeba – to zasługa monumentalnego klifu, a płycizna ciągnie się na trzysta metrów, więc nawet początkujący czują się bezpiecznie. Dlatego dziesiątki osób ćwiczą tu pod okiem instruktorów najpierw na plaży, a potem w wodzie po kolana, by kiedyś latać na kite pod klifem. – No i jest fun z rekinami – widzi, że nas wystraszył, więc zaraz uspokaja: – Są małe i niegroźne.

Natura ustaliła również idealną temperaturę – o tej porze roku nie więcej niż 22°C. Dodała jeszcze kojącą bryzę. Trzeba jednak uważać, bo ta mieszanka bywa zabójcza, a o poparzenie bardzo łatwo. I tu wyspa wychodzi nam naprzeciw, podsuwając lekarstwo – aloes. Jego plantacje są na północy. Natomiast w każdym sklepie kupimy aloe vera, czyli kremy do ciała, pod oczy, cuda na włosy i to, co nas interesuje najbardziej – kojący balsam po opalaniu. Podobno również odmładza.

Gdzieś w kosmosie

Być może pamiętacie film „Milion lat przed naszą erą” i jego bohaterkę graną przez Raquel Welch, dzikuskę w skórzanym bikini, ponętnie wyłaniającą się z morza. W tle widać obcą planetę – skalną ścianę z pomarańczowymi naciekami i szmaragdowe jezioro. Scenę kręcono na Lanzarote w wulkanie El Golfo, właściwie w połówce kaldery, bo resztę zabrało morze. Na filmowej planecie wybuchają też wulkany i tu znowu posiłkowano się miejscowymi – tylko zabawnie domalowano im pióropusze ognia.

Ale gdybyśmy cofnęli się w czasie do 1 września 1730 roku, nic nie trzeba by ubarwiać. Wtedy to na Lanzarote zaczął się prawdziwy kataklizm. Przez 2056 dni powstały 32 wulkany. Jedna trzecia wyspy do dziś wydaje się martwa – pokryta tufem i rzekami zastygłej lawy. Tam, gdzie jest najpiękniej, wydzielono park Timanfaya.
 

Shutterstock.com

Pierwszy trekking zaczynamy od Caldera Colorada, wulkanu z ogromną plamą czerwieni. Wygodniccy pójdą szeroką ścieżką z rzędami informacyjnych tabliczek. Przy okazji półtoragodzinnego spaceru mają przyspieszony kurs wulkanologii. Szukający przygód wdrapią się na szczyt po żużlowisku – krok do góry, pół kroku zsuwania. Ale gdy zajrzą do kaldery, nie uwierzą – tu kolor jest cytrynowy od roślinek, które zdobyły już teren. Nagrodą będzie też widok. „Tak wygląda Księżyc” – piszą w przewodnikach i nie ma w tym ani grama przesady.

Zresztą gdy astronauta Neil Armstrong przygotowywał się do spaceru po Księżycu, pokazano mu film właśnie z Lanzarote, żeby wiedział, czego ma się spodziewać. Zobaczymy wulkany kształtne i okrągłe, rozerwane na pół z jęzorami lawy, małe i ogromne. No i te kolory! Opalizujące fiolety, zielenie, błękity, rudości w najmodniejszych zestawieniach natury. Warto też popatrzeć na rośliny pionierki – sporo chrobotków, trochę gruboszowatych, gdzieniegdzie kaktusy i łany pelargonii.

Uwaga na kraba

– To będzie najpiękniejsze miejsce na ziemi. Jedno wielkie dzieło sztuki – powiedział w latach 60. César Manrique, architekt, malarz i rzeźbiarz, który robił karierę w Nowym Jorku. Postanowił jednak wrócić w rodzinne strony, a jego płótnem stała się wyspa Lanzarote.

Najpierw przekonał ludzi, a nie było łatwo, do jednolitej architektury – białych domków z zielonymi oknami i drzwiami. Dodał im kominy – smukłe z kratką i kanciastym daszkiem albo pękate jak odwrócona główka czosnku. Wysokość zarezerwował dla wulkanów, człowiek może zbudować najwyżej trzy piętra. Wyjątkiem jest jedyny wieżowiec w stolicy Arrecife i kilka hoteli, które zapłaciły ogromne kary za łamanie prawa. Nigdzie nie zobaczymy reklam. Nawet płoty zastąpiły finezyjne murki.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Potem César wybudował dom dla siebie w Tahiche, w środku wyspy. Kupił kawałek lawowiska z kilkoma jaskiniami i urządził się pod ziemią. Ale jak! Magiczne salony, tajemne przejścia, świetliki sączące światło, sadzawki. Wymyślił każdy mebel, kinkiet, nawet klamkę. Wszystko nawiązujące kształtami do natury. Do rezydencji chętnie wpadały gwiazdy: Anthony Quinn,Peter Sellers, Andy Warhol, Joan Miró czy Pedro Almodóvar. Trafił tu też pewnego razu Omar Sharif i... zamówił dom. César, jak to on, zaprojektował coś wyskokowego. Tym razem willę przykleił do skały w miasteczku Lagomar.

Następnie zajął się miejscami publicznymi. Wybudował Jameos del Aqua – podziemne jezioro połączone z restauracją, muzeum, basenem i salą koncertową. Kolejny był Jardin de Cactus, czyli ogród w wulkanie, gdzie na tarasach rośnie około 10 tys. roślin. A Mirador del Rio to budynek przypominający głowę orła. Porozstawiał na wyspie obracające się na wietrze rzeźby, a także pomniki-symbole wskazujące drogę do atrakcji: diabła z widłami, kraba, kaktus jak drzewo albo butelkę wina.

Ziemniaczki i zdrada
Jest białe, owocowe, mocne w smaku. Raczej stawia na nogi, oczywiście jeśli wypijemy kieliszek, a nie butelkę. Jedziemy do La Gerii, krainy winnic, właściwie dołków okolonych murkami. W każdym płoży się roślina. Największe bodegi to Rubicon, El Grifo i Stratus, gdzie spróbujemy wina i je kupimy. Jeśli kolacja, to tylko z widokiem na morze. Może w Órzoli, gdzie przesiadują miejscowi? Albo w Famarze? Tam jedyny lokal okupują surferzy z włosami spalonymi słońcem.

fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com

My wpadamy do Joségo, tego od rekinów, w Costa Teguise. Na tuńczyka w soli i ośmiorniczki z cytrynowym sosem. – Lubicie ziemniaki? Nasze są najlepsze – zagaduje. Na stół wjeżdżają malutkie bulwy ze skórką, gotowane w posolonej wodzie i odparowane. Do tego kilka kleksów mojo verde, czyli sosu z czosnku, kolendry, pietruszki, papryki, oliwy i octu.

Na koniec José zachęca, żebyśmy zdradzili lokalne trunki na rzecz najlepszego w świecie miodowego likieru i przynosi po kieliszku guajiro z Gran Canarii. No, no, no... Może by tam popłynąć?

fot. Shutterstock.com

WARTO WIEDZIEĆ:

  • Na Wyspy Kanaryjskie możemy płynąć z Barcelony, Rzymu, Savony czy Southampton albo wybrać się na wycieczkę wokół wysp. Rejsy trwają od 8 do 15 dni, statki mają z reguły 4* i pełne wyżywienie. Ceny od 550 euro do ponad 2 tys. www.rejsy.pl 
reklama

Mapa

reklama

Zostań z nami

Bądź na bieżąco