werandcountry.pl weranda.pl
  • W podróży

Koniec z pakowaniem walizek i kino na fali. Tak wygląda rejs wycieczkowcem po Morzu Śródziemnym

autor: Agnieszka Kaszuba

Rejsy po Morzu Śródziemnym przestały być sennym marzeniem o luksusie dla wybranych, stając się najbardziej kompletną odpowiedzią na współczesną potrzebę intensywnego odkrywania świata. Sprawdziłam, jak wygląda życie na Costa Fascinosa, statku, który jest wielkim, stalowym hołdem dla geniuszu Federico Felliniego i dowodem na to, że w kilka można przeżyć więcej niż przez całe lato spędzone na lądzie.

Coraz częściej zamiast stabilnego gruntu pod nogami wybieramy błękitny horyzont. To trend, który wywraca nasze pojęcie o urlopie do góry nogami. Rejsy stają się realną alternatywą dla klasycznych wczasów, oferując intensywność doznań, której próżno szukać w stacjonarnych hotelach. To idealne rozwiązanie dla tych, którzy chcą chłonąć świat w dużych dawkach: rano pić espresso w Italii, a wieczorem delektować się tapas w Hiszpanii, całkowicie zapominając o logistycznym stresie i uciążliwym przepakowywaniu walizek. Co istotne, ta forma podróżowania stała się niezwykle dostępna, bo ceny podstawowych rejsów zaczynają się już od około 500 euro, co przy standardzie obejmującym nocleg, pełne wyżywienie i transport między krajami. 

Wejście na pokład Costa Fascinosa to jednak coś więcej niż zameldowanie się w pływającym kurorcie. Ten gigant o masie ponad 114 tysięcy ton został zaprojektowany jako fascynujący, architektoniczny hołd dla wielkiego kina, a w szczególności dla wizji Federico Felliniego. Wnętrza inspirowane klimatem kultowego filmu „8 i pół” tworzą atmosferę surrealistycznego snu, w którym blichtr miesza się z nostalgią za złotą erą kinematografii. Każdy pokład i każdy korytarz to inna scena.

Dodatkowo tutaj, między Savoną, Barceloną a Marsylią (to tegoroczna trasa Fasciniozy na lato) przekonałam się, że życie na statku to nieustanny ruch: od sportowych wyzwań na górnym pokładzie, przez kulinarny teatr, imprezovy vibe klubów aż po urok portowych miast.

Zobacz nasze materiały wideo

Zbliżenie na burtę statku Costa Fascinosa zacumowanego w porcie, widoczne szalupy ratunkowe i trap.
Costa Fascinosa to nie tylko statek, to pływająca architektura, która zmusza do ruchu między pokładem spa a barem na dachu.
  • Biurko w kajucie z ekspresem do kawy, zestawem filiżanek, lustrem i elegancką lampką; widoczne odbicie wnętrza w lustrze.
    Biurko w kajucie z ekspresem do kawy, zestawem filiżanek, lustrem i elegancką lampką; widoczne odbicie wnętrza w lustrze.
  • Jasne i przestronne wnętrze luksusowej kajuty na statku Costa Fascinosa z dużym łóżkiem, sofą, biurkiem i szerokim wyjściem na balkon.
    Jasne i przestronne wnętrze luksusowej kajuty na statku Costa Fascinosa z dużym łóżkiem, sofą, biurkiem i szerokim wyjściem na balkon.
  • asne i przestronne wnętrze luksusowej kajuty na statku Costa Fascinosa z dużym łóżkiem, sofą, biurkiem i szerokim wyjściem na balkon.
    Jasne i przestronne wnętrze luksusowej kajuty na statku Costa Fascinosa z dużym łóżkiem, sofą, biurkiem i szerokim wyjściem na balkon.

Logistyka na gigancie. 12 kilometrów dziennie między spa a barem

Pierwsza rzecz, którą trzeba sobie uświadomić przed wejściem na pokład Costa Fascinosa, to jej obezwładniająca skala. To nie jest po prostu statek, to autonomiczne, pływające miasteczko, które nie uznaje kompromisów w kwestii przestrzeni. Jeśli twoim wyobrażeniem o rejsie jest leniwe leżenie plackiem przy basenie od rana do wieczora, to jest to możliwe, ale rzeczywistość i tak szybko zweryfikuje te plany. Tutaj, aby w ogóle „skonsumować” to, co oferuje jednostka, musisz przygotować się na regularny marsz. Mój licznik kroków każdego wieczoru pokazywał stałą wartość: około 12 kilometrów. Co najciekawe, nie był to efekt morderczego treningu czy bicia rekordów na siłowni, ale czysta, codzienna logistyka poruszania się między pokładami.

Ten dystans „nabija się” właściwie sam, bo jest aż tyle możliwości, a natura ludzka jest taka, że chce się wszystkiego spróbować. Śniadanie w jednej części statku, potem szybka kawa w zupełnie innym barze, chwila oddechu w spa umiejscowionym na przeciwległym krańcu, by za moment trafić na trening do siłowni, która zajmuje strategiczny punkt z widokiem na dziób. Do tego dochodzą otwarte trasy do joggingu na górnych pokładach, gdzie wiatr od morza miesza się z zapachem porannego espresso. Costa Fascinosa jest zaprojektowana tak, że każda atrakcja kusi w innym miejscu, wymuszając na pasażerach ciągły ruch. To specyficzny rodzaj aktywności: nie czujesz zmęczenia, dopóki wieczorem nie usiądziesz w fotelu, zdając sobie sprawę, że właśnie „wychodziłaś” solidną trasę, nie opuszczając ani na moment pokładu.

Wizualnie statek to fascynujący, choć momentami przytłaczający hołd dla Federico Felliniego i jego arcydzieła „8 i pół”. Wnętrza są specyficzne, przesiąknięte atmosferą złotej ery kina. Wszechobecne lustra, które potęgują wrażenie nieskończonej przestrzeni, głęboka czerwień obić i blichtr tworzą scenerię, w której łatwo poczuć się jak na planie wielkiej, kosztownej produkcji filmowej. Przyznam jednak szczerze, że dla kogoś, kto szuka w podróży przede wszystkim wyciszenia, ten nieustanny nadmiar bodźców może być męczący. Złoto, światła i neony w pewnym momencie zaczynają dominować nad zmysłami, wywołując tęsknotę za czymś surowym i prostym. Na szczęście statek i tu przynosi rozwiązanie. 

Właśnie ta potrzeba ucieczki od hałasu i wizualnego przepychu sprawiła, że moim ulubionym azylem stał się klimatyczny bar na samym dachu statku. To tam, na najwyższym dostępnym poziomie, blichtr wnętrz ostatecznie przegrywał z naturą. Widok zachodzącego słońca, które powoli, z niemal nabożną czcią, tonie w tafli wody, malując niebo na odcienie głębokiego fioletu i brudnego różu, to bez wątpienia najmocniejszy punkt całego dnia. Tam, pod gołym niebem, hałas pokładowego życia cichnie, ustępując miejsca kojącemu szumowi fal rozcinanych przez kadłub i widokowi horyzontu, który nie ma końca. To był jedyny moment, kiedy gigantyczna Costa Fascinosa stawała się tylko tłem dla tego, co w rejsie najpiękniejsze: bezpośredniego kontaktu z potęgą morza.

Nowoczesny pokład statku nocą, oświetlony basen, żółte parasole w kształcie namiotów i nastrojowe światła.
Azyl na szczycie. Kiedy wnętrza przytłaczają, bar na rufie oferuje to, co najcenniejsze: otwartą przestrzeń, szum fal i najpiękniejsze zachody słońca
Azyl na szczycie. Kiedy wnętrza przytłaczają, bar na rufie oferuje to, co najcenniejsze: otwartą przestrzeń, szum fal i najpiękniejsze zachody słońca
Azyl na szczycie. Kiedy wnętrza przytłaczają, bar na rufie oferuje to, co najcenniejsze: otwartą przestrzeń, szum fal i najpiękniejsze zachody słońca

Showtime na pełnym morzu. Od „Bohemian Rhapsody” po białe szaleństwo na pokładzie

Jeśli ktoś myśli, że rozrywka na tak ogromnym statku zaczyna się dopiero po kolacji, to znaczy, że nigdy nie widział Costa Fascinosa w pełnym słońcu. Dzień na pokładzie to specyficzny miks sportu i totalnego luzu, który zaczyna się właściwie tuż po śniadaniu. W okolicach basenów i na otwartych tarasach królują instruktorzy, którzy z niemal nieludzką energią zarażają pasażerów ruchem. Kursy zumby, salsy czy bachaty to tutaj codzienność. Widok kilkuset osób, które próbują złapać rytm latynoskich kroków przy akompaniamencie bębnów bongo, ma w sobie coś z radosnego, plemiennego rytuału. Do tego dochodzą wszelkiego rodzaju gry towarzyskie i quizy, które choć brzmią niepozornie, są najlepszym sposobem na przełamanie lodów, a także wygrania niemałych ppieniędzy To właśnie podczas takich luźnych rywalizacji przy barze, z zimnym drinkiem w ręku, poznaje się ludzi z drugiego końca świata, z którymi wieczorem kończy się na parkiecie.

Prawdziwa magia dzieje się jednak wieczorami, gdy statek zmienia swoją naturę. Co ciekawe, Costa Fascinosa działa jak muzyczny kameleon: program klubów i sal tanecznych jest ściśle powiązany z trasą, którą akurat płyniemy. To świetny patent, który pozwala „nastroić się” na port, do którego zawiniemy rano. Kiedy zbliżaliśmy się do Barcelony, w klubowych wnętrzach królował reggaeton, gorąca bachata i hiszpańskie hity, które nie pozwalały ustać w miejscu. Z kolei wieczory przed zawinięciem do Savony to królestwo Italiano Disco. Usłyszeć setki ludzi śpiewających ramię w ramię największe przeboje z San Remo to doświadczenie, które błyskawicznie skraca dystans między pasażerami. Gdy kurs ustawiony był na Marsylię, z głośników płynęły nowoczesne francuskie bity i klasyki, które budowały ten specyficzny, nieco nonszalancki klimat Prowansji.

Większość imprezowego życia toczy się wewnątrz statku, w rozbudowanych klubach i wielopoziomowych salach, które są doskonale odizolowane akustycznie, dzięki czemu fani ciszy mogą spokojnie wypoczywać w innych częściach jednostki. Jednak zanim wszyscy ruszą do klubów, punktem obowiązkowym są widowiska w teatrze Bel Ami. Tribute show dla takich legend jak Queen czy Elvis Presley to profesjonalne produkcje, które potrafią wycisnąć z widzów autentyczne emocje, tak jak np. „Bohemian Rhapsody”. To nie jest „hotelowe show” do kotleta, ale to pełnowymiarowe koncerty z profesjonalnym nagłośnieniem i oprawą świetlną.

Punktem kulminacyjnym, o którym krążą legendy, jest kultowe White Party. To noc, do której pasażerowie przygotowują się właściwie od momentu rezerwacji rejsu, sprawdzając, czy w walizce na pewno znalazł się biały zestaw ubrań. Kiedy tłum ubrany od stóp do głów w bieli wypełnia klubowe wnętrza, atmosfera gęstnieje od pozytywnej energii. W błysku stroboskopów i neonów ta wszechobecna biel tworzy surrealistyczny obraz, całkowicie odcinając nas od tego, co dzieje się na zewnątrz, za burtą. Nie ma tu miejsca na sztywną etykietę: liczy się tylko wspólny rytm i zabawa do białego rana. 

Widok z góry na wielopoziomowe atrium statku wypełnione ludźmi podczas wieczornej imprezy, zielone i niebieskie światła klubowe.
Muzyczny kameleon w akcji. Wieczorne show w atrium to nie tylko rozrywka, to zaprogramowane nastrojenie pasażerów pod klimat portu, do którego zawiniemy rano.

Od neapolitańskiej mąki po Michelinowskie wizje. Kulinarna mapa pokładu

Kuchnia na Costa Fascinosa to nie „dodatek” do rejsu, ale przemyślana opowieść, która zmienia się wraz z trasą statku. Linia postawiła na koncept Sea & Land Destinations, co w praktyce oznacza, że menu w głównych restauracjach, takich jak Il Gattopardo czy Otto e Mezzo, jest swoistym prologiem do tego, co zobaczycie po zejściu na ląd. Każdy port ma swój „Destination Dish”, danie zaprojektowane przez światowej klasy szefów kuchni, jak Bruno Barbieri czy Hélène Darroze, które interpretuje smaki nadchodzącego przystanku. Dzięki temu można posmakować Barcelony czy Marsylii jeszcze zanim statek dobije do nabrzeża.

Jeśli jednak szukacie autentycznego widowiska, musicie trafić na sesję live cooking. To moment, w którym jedzenie zamienia się w czystą rozrywkę. Siedzi się bezpośrednio przy blacie, za którym kucharz zamienia przygotowywanie posiłku w interaktywny występ. Na moich oczach powstawały homary, krewetki, soczyste steki i aromatyczne warzywa. Kucharz nie tylko kroił i smażył z chirurgiczną precyzją, ale przez cały czas sypał dowcipami, śpiewał i aktywnie zachęcał nas do wspólnej zabawy. To zupełnie inna dynamika niż w klasycznej restauracji; tutaj wychodzi się nie tylko najedzonym, ale przede wszystkim w świetnym humorze.

Dla fanów włoskiej klasyki obowiązkowym punktem jest Pizzeria Pummid’Oro. Tutaj pizza to nie fast-food, ale sztuka. Ciasto wyrabiane jest na 100-procentowym zakwasie, a składniki mają certyfikaty pochodzenia. Brałam udział w warsztatach pizzy i obserwowanie, jak w środku morza powstaje idealne, puszyste ciasto, ma w sobie coś hipnotyzującego. Jeśli z kolei najdzie Was ochota na coś bardziej egzotycznego, w Sushino świeżość ryb jest weryfikowana przez morskie sąsiedztwo w sposób najbardziej dosłowny. Na fanów street-foodu czeka The Salty Beach, gdzie burgery i lokalne włoskie przekąski idealnie pasują do popołudnia przy basenie.

Najbardziej wyrafinowanym miejscem na pokładzie jest jednak Archipelago. To restauracja-mikrokosmos, oferująca trzy różne menu degustacyjne od szefów kuchni nagrodzonych gwiazdkami Michelin. Każde danie jest tu podane jak dzieło sztuki, a wystrój wnętrza, wykorzystujący „wyrzucone przez morze” kawałki drewna, buduje niesamowitą atmosferę intymności.

To, że na statku należącym do włoskiej grupy Costa serce gastronomii bije w większości w rytmie Italii, właściwie nie powinno nikogo dziwić. To naturalna część ich DNA, którą czuć w każdym kęsie i każdym kieliszku. Podczas degustacji, na którą trafiliśmy, sommelierzy zaserwowali nam kompletny przegląd przez Półwysep Apeniński: od rześkich „bąbelków”, przez lekkie białe i subtelne różowe wina, aż po ciężkie, strukturalne czerwienie. Takie degustacje odbywają się regularnie, można zamówić je także na specjalne życzenie. 

Kolorowe kamienice na wzgórzu w Savonie, widok z portu na zacumowane małe jachty i biały autobus na nabrzeżu.
W pięć dni udało się nam zwiedzić trzy europejskie miasta, każde z innego kraju.
W pięć dni udało się nam zwiedzić trzy europejskie miasta, każde z innego kraju.
W pięć dni udało się nam zwiedzić trzy europejskie miasta, każde z innego kraju.

Pięć dni i trzy porty. Od katalońskiego modernizmu po marsylską zupę rybną

Pięciodniowy rejs to wystarczająco dużo czasu, by nie tylko „odhaczyć” trzy różne metropolie, ale przede wszystkim wyrobić sobie o nich własne zdanie. Taka skondensowana pętla po Morzu Śródziemnym działa jak filtr: wyłuskuje z miast to, co najistotniejsze, i zostawia ten rodzaj niedosytu, który jest najlepszym zapalnikiem do planowania powrotu. Ja już teraz wiem, że do Marsylii wrócę na pewno; jej energia i wielowarstwowość zafascynowały mnie na tyle, że krótka wizyta była jedynie wstępem do głębszej analizy tej portowej tkanki.

W Barcelonie proces odkrywania zaczęliśmy od fundamentów. Pierwszym przystankiem była Cripta Gaudí w Colònia Güell. To architektoniczne laboratorium, gdzie mistrz testował najbardziej karkołomne rozwiązania konstrukcyjne. Stąd wróciliśmy pod Sagrada Família, która jest punktem absolutnie obowiązkowym dla zrozumienia tkanki tego miasta. Ta budowla to architektoniczna obsesja, w której matematyczna precyzja miesza się z organicznym chaosem natury, tworząc strukturę nieporównywalną z żadną inną świątynią na świecie. Patrząc na nią z zewnątrz, widać nie tylko kościół, ale zapis całego życia twórcy, który poświęcił wszystko, by nadać materii formę niemal niemożliwą do udźwignięcia przez tradycyjne rzemiosło. Kolejnym etapem był Hospital de Sant Pau, czyli nasz „el Blix Gaudinaro”. Ten kompleks to dowód na to, że architektura może leczyć; feeria barw i mozaik sprawia, że przestrzeń szpitalna traci swój sterylny chłód i staje się estetycznym azylem. Całość dnia w Barcelonie domykają tapas jedzone w pośpiechu w bocznych uliczkach: zdecydowanie polecam. 

Kolejny dzień i kolejny port. Marsylia zafascynowała mnie brakiem sztuczności. Sercem miasta jest Vieux Port (Stary Port), gdzie zapach świeżych ryb miesza się z aromatem słynnego mydła (savon de Marseille) sprzedawanego w okolicznych butikach. To tutaj zjedliśmy bouillabaisse. gęstą zupę rybną, która wraz z ostrygami i owocami morza stanowi kulinarny fundament regionu, idealnie korespondując z koncepcją „Sea & Land Destinations”.

Powyżej portu rozciąga się Le Panier, najstarsza dzielnica, będąca dziś gigantyczną galerią graffiti. To enklawa artystów i rzemieślników, w której czuć ducha autentycznej wolności. Tu widać szczególnie, że Marsylia to fascynujący tygiel, w którym historia muzeum antyku płynnie łączy się z nowoczesnym designem.

Savona była finałem rejsu. To miasto wąskich uliczek, w których gubienie się jest najlepszą metodą zwiedzania. Nad panoramą dominuje monumentalna Forteca Priamar, która z wysokości swoich murów pozwala spojrzeć na port i naszą Costa Fascinosa z dystansem, jaki daje tylko perspektywa historyczna.

Ostatnie godziny podróży spędziliśmy w małej knajpce niedaleko nabrzeża Vecchia Darsena. Mocna włoska kawa, kieliszek lokalnego wina i dźwięki saksofonisty, których echo niosło się między starymi kamienicami. To już koniec rejsu. Pięć dni na tej trasie to idealny balans, czas na wypoczynek, szaleństwo na eventach i szansa na zobaczenie świata, który zmusza do myślenia i planowania kolejnego spotkania.

Fot. A. Kaszuba/ materiały prasowe