werandcountry.pl weranda.pl
reklama
  • W podróży
  • Polska

Toruń pełen niespodzianek

autor: Beata Majchrowska
  • Woj. kujawsko-pomorskie


Tu odwiedzicie jedyną w Polsce kreolską restaurację, sami upieczecie piernik według średniowiecznej receptury i weźmiecie lekcję picia szkockiej. A to dopiero początek – podpowiadamy, co warto zwiedzić w Toruniu.

Wyobraź sobie, że masz kilka centymetrów wzrostu i potrzebujesz drabiny, żeby wspiąć się na wahadło zegara z kukułką… Najszybciej osiągniesz ten stan umysłu w Toruniu. Stajesz przed teatrem Baj Pomorski i od razu masz wrażenie, że przeniesiono cię do Szuflandii – magicznej krainy sfilmowanej swego czasu przez Juliusza Machulskiego. Niezwykły budynek, który współtworzył czeski scenograf Pavel Dubicka, wygląda jak gigantyczna drewniana szafka – na fasadzie zamiast okien ma szuflady z prawdziwymi uchwytami i bajkowe płaskorzeźby.

Nie trzeba być świeżo upieczonym przedszkolakiem, żeby dostać na ten widok małpiego rozumu. Jeśli akurat zabraliśmy ze sobą na wycieczkę kilkuletnie pociechy, wizyta w toruńskim teatrze, zwłaszcza wieczorem, to obowiązkowy punkt programu. Iluminowana szuflada jest zjawiskowa.

fot. Shutterstock
fot. Shutterstock
fot. Shutterstock

Mówisz Toruń, widzisz pierniki. Ale na hasło Muzeum Piernika w pierwszej chwili myślisz tak: pewnie to jakieś ramolstwo, pełne skamieniałych wypieków i zakurzonych stuletnich wałków, którymi niewiele młodsze nadzorczynie sal zaraz cię pogonią, jeżeli wyciągniesz za daleko swój ciekawski paluch. A tymczasem to jedno z najdynamiczniejszych muzeów w Polsce, do którego amerykańskie wycieczki rezerwują wizyty z dwuletnim wyprzedzeniem. Połączenie kameralnej sceny teatralnej z kulinarnym show. 

Uczestnicy dostają po grudce mąki, wszystkie niezbędne ingrediencje, wyrabiają ciasto, a potem je wypiekają. Muszą uważać, żeby – jak donoszą odziane w stroje z epoki instruktorki – „nie zjodać piernika, kiedy bardzo gorący, bo od tego kiszka się w brzuchu sklei, trzeba ją bydzie rozciąć i w Wiśle przepłukać”. Jeśli akcja pieczenia się nie powiedzie, zawsze można w muzealnym sklepiku kupić profesjonalne ciacha bez konserwantów i ulepszaczy albo papierowy rulonik z pradawnym przepisem. Utalentowani aktorsko „kustosze” prowadzą tutaj warsztaty pieczenia piernika wedle średniowiecznych albo XIX-wiecznych receptur. 

fot. Beata Majchrowska

Teatr i domowe pielesze, dekadencja i patriotyzm – wszystko to miesza się subtelnie w jednej z najbardziej niezwykłych knajpek Torunia – Róże i Zen. Wystarczy wetknąć głowę do wąskiej furtki w murze jej ogródka, by przeskoczyć do innego świata. 

fot. Beata Majchrowska
fot. Beata Majchrowska
fot. Beata Majchrowska

Do niebotycznie wysokiej komnaty, od której odkleił się strop: liście z drzew ścielą się pod nogami jak kolorowy kobierzec, obrazy pną po ceglanych ścianach jak tutejsze krzewy, a drzewa wyrastają między stolikami. Gdzieś w rogu stateczny kredens, gdzie indziej dziecięcy konik bujany. Wszystko wygląda jak dom, w którym rozpanoszyła się przyroda. Ale to właściwa kawiarnia bardziej przypomina dom, zwłaszcza że stali klienci nierzadko ją urządzają swoimi rzeczami. Jedna pani zniosła tu rodzinne kryształy, inny pan powiesił portrety dziadka legionisty – i ten z 1915 roku, i taki sprzed paru lat. – Mamy masę zaprzyjaźnionych klientów – chwali się barman – którzy zawsze siadają przy swoich stolikach. Panu z dziesiątki bez słów przynosimy białą kawę. Pani od chłodnika litewskiego zawsze prosi o porcję pieczonych ziemniaków i popielniczkę – opowiada. – No i jest pan od pianina, czyli stroiciel. Potwornie punktualny. Kiedy stroi, to nie pienimy mleka i przez 40 minut chodzimy na palcach.

Choć w Toruniu wiele jest miejsc, gdzie można dobrze zjeść, warto zajrzeć tu do jedynej (!) w Polsce restauracji kreolskiej – Luizjany. Wymyślili ją ludzie, którzy spędzili w Nowym Orleanie osiem lat, i fascynacji tym miastem nie zniszczył w nich nawet huragan Katarina. Dziś w klimatycznych wnętrzach, przy dźwiękach nowoorleańskiego jazzu, możemy zamówić kremowy chowder czy krewetki Big Mama.

fot. Beata Majchrowska

– Stek dojrzewający? Nie ma problemu – mówi Bartek Wojnar, współwłaściciel i i koneser kreolskich specjałów. 

W jego kuchni mieszają się wpływy kuchni francuskiej, karaibskiej, hiszpańskiej, włoskiej i afrykańskiej. – Ktoś życzy sobie homara z Bostonu? Sprowadzimy go.

Jeśli chcemy napić się dobrej kawy albo wychylić szklaneczkę czegoś mocniejszego, nie ma lepszego adresu niż Coffee & Whisky House w brawurowo wyremontowanej kamienicy Franza Zahrera, właściciela składów żelaza (ten operatywny handlarz już w XIX wieku miał świetną strategię marketingową dla swoich śrubek – wstawił awangardowe wielkie witryny, aby towar był dobrze widoczny, i postawił w drzwiach piękną „hostessę” rozdającą ulotki). Podadzą nam tam whisky on the rocks po bożemu, czyli wcale nie z lodem, ale z zamrożonym kamyczkiem (Szkoci wrzucali wszak do swoich drinków kamyki z lodowatych strumieni). I dowiecie się, jak powinna wyglądać właściwa szklanka do tego rytuału.

fot. Beata Majchrowska, Shutterstock
fot. Beata Majchrowska, Shutterstock
fot. Beata Majchrowska, Shutterstock

Wyjeżdżając z Torunia, warto zaopatrzyć się w obowiązkowe przecież pierniki, ale też zajrzeć na przykład do sklepu Spod Lady. Po tabliczkę z napisem „Po skończonej pracy załóż majtki” albo kubek działkowca, albo jeden z tych gadżetów, które dziś na szczęście tylko śmieszą, a nie pouczają.

Wyjeżdżając z Torunia, warto zaopatrzyć się w obowiązkowe przecież pierniki, ale też zajrzeć na przykład do sklepu Spod Lady. Po tabliczkę z napisem „Po skończonej pracy załóż majtki” albo kubek działkowca, albo jeden z tych gadżetów, które dziś na szczęście tylko śmieszą, a nie pouczają.

reklama
reklama

Zostań z nami

Bądź na bieżąco