werandcountry.pl weranda.pl
  • W podróży
  • Trendy

Polacy ruszają w świat po smak. „Foodie travel” staje się ulubionym stylem podróżowania

autor: Agnieszka Kaszuba

Coraz częściej wyjazd zaczyna się nie od listy zabytków, lecz od listy restauracji. Wyszukiwarka pełna jest zapytań o najlepszą pizzę w Neapolu, tapas w Barcelonie czy ramen w Tokio. Jedzenie przestaje być dodatkiem do zwiedzania, staje się głównym powodem rezerwacji lotu i hotelu.

Polacy coraz chętniej wybierają kierunki, które kojarzą się z wyrazistą kuchnią. Z informacji przekazanych przez eSky.pl wynika, że wyjazdy planowane z myślą o doświadczeniach kulinarnych należą dziś do najszybciej rozwijających się segmentów city breaków. Włoskie miasta przyciągają prostotą składników i jakością produktów, Hiszpania – energią tapas barów, Dania – sezonowością i minimalizmem, a Maroko – intensywnością przypraw. Do tego dochodzą dalsze destynacje, takie jak Tokio, Bangkok czy Stambuł, gdzie jedzenie jest częścią codziennego rytmu miasta, a nie turystyczną atrakcją.

Podróże kulinarne nie ograniczają się do wizyt w modnych restauracjach. Coraz więcej osób zapisuje się na warsztaty gotowania, odwiedza targi, zagląda do lokalnych sklepów spożywczych i przywozi do domu produkty, których nie znajdzie w Polsce. Smak staje się sposobem poznawania miejsca: konkretnym, zmysłowym i łatwym do zapamiętania.

Barcelona. Tapas, targi i kuchnia, która żyje na ulicy

Barcelona przyciąga architekturą Gaudíego i bliskością morza, ale dla wielu podróżnych najważniejsze są bary tapas i zapach smażonych owoców morza unoszący się w wąskich ulicach. Tu jedzenie jest częścią codzienności, a nie dodatkiem do zwiedzania.

Plan kulinarnego dnia często zaczyna się od wizyty na targu. La Boqueria to najbardziej znany adres, ale równie ciekawie bywa w mniejszych halach, gdzie kupują mieszkańcy. Szynka jamón krojona cienko jak papier, świeże oliwki, sery, sezonowe owoce i ryby ułożone na lodzie. To punkt, w którym widać, jak śródziemnomorska dieta wygląda w praktyce.

Tapas nie są tu jednorazową atrakcją. To sposób jedzenia. Kilka mniejszych porcji, wspólny stół, rozmowa. Patatas bravas, grillowane kalmary, pulpo, tortilla. Do tego kieliszek wina albo cava. Wieczorem restauracje w dzielnicy Barceloneta serwują paellę i dania z owoców morza, które smakują inaczej niż w głębi kraju, bo wszystko opiera się na świeżości i bliskości portu.

Barcelona dobrze sprawdza się jako kulinarny city break, bo w krótkim czasie można zobaczyć różne oblicza hiszpańskiej kuchni – od prostych barów po bardziej autorskie koncepty. To miasto, w którym jedzenie wychodzi na ulicę i naturalnie wpisuje się w rytm dnia.

Neapol pizza jedzona na ulicy przez turystów w historycznej części miasta
Pizza jedzona na ulicy w Neapolu to najprostsza i jednocześnie najlepsza forma lokalnej kuchni.

Rzym. Włoska klasyka w lokalnym wydaniu

Do Rzymu leci się dziś nie tylko dla Koloseum i Watykanu. Coraz częściej plan dnia wyznaczają adresy trattorii i godziny otwarcia targów. Kuchnia rzymska jest konkretna, oparta na kilku składnikach i dobrze znanych recepturach. Carbonara bez śmietany, cacio e pepe z dużą ilością pieprzu, amatriciana z guanciale. Proste dania, które bronią się jakością produktu.

Rano espresso pije się przy barze, szybko, bez ceremonii. W południe warto zajrzeć na jeden z miejskich targów, gdzie widać, czym naprawdę żyje lokalna gastronomia: świeże warzywa, sery pecorino, oliwki, karczochy w sezonie. Wieczorem mała restauracja w bocznej ulicy, często z krótką kartą i stałymi pozycjami, które nie zmieniają się od lat.

Rzym jest dobrym kierunkiem na kulinarny weekend, bo wszystko znajduje się blisko siebie. W ciągu dwóch, trzech dni można spróbować klasyki, porównać kilka wersji tego samego dania i przekonać się, że włoska kuchnia w stolicy smakuje inaczej niż w turystycznych lokalach poza Włochami. To miasto, do którego wielu wraca właśnie po smak, a nie po kolejne zdjęcia zabytków.

Neapol. Pizza, street food i kuchnia południa bez kompromisów

Neapol to zupełnie inna energia niż północne Włochy. Tutaj wszystko dzieje się szybciej, głośniej i bliżej ulicy. Pizza nie jest atrakcją turystyczną, tylko codziennym posiłkiem. Margherita z miękkim środkiem, wyrośniętym rantem i sosem z pomidorów San Marzano smakuje najlepiej w małej pizzerii, gdzie kolejka ustawia się jeszcze przed otwarciem.

Miasto żyje street foodem. Cuoppo, czyli smażone owoce morza podawane w papierowym rożku, sprzedawane są na wynos i jedzone w biegu. Sfogliatella z ricottą i kandyzowaną skórką pomarańczy to obowiązkowy przystanek w cukierni. Mocne espresso wypija się przy ladzie, szybko, bez rozmów o nutach smakowych.

Neapol to także prosty makaron z owocami morza, świeża mozzarella di bufala, pomidory pachnące słońcem i oliwa o intensywnym aromacie. Tu kuchnia nie próbuje być modna. Opiera się na tradycji i jakości składników, które trafiają na talerz bez zbędnych dodatków.

Na kulinarny weekend Neapol sprawdza się idealnie. W ciągu kilku dni można spróbować klasyki w jej najbardziej autentycznej wersji i zobaczyć, jak bardzo południowe Włochy różnią się od eleganckiego Rzymu. To kierunek dla tych, którzy chcą poczuć smak regionu bez filtrowania go przez turystyczne oczekiwania.

Time Out Market Lizbona wnętrze hali targowej z restauracjami i wspólnymi stołami.
Hala Time Out Market w Lizbonie łączy tradycyjne portugalskie smaki z nowoczesnymi konceptami kulinarnymi.

Lizbona. Owoce morza, dorsz i kuchnia oparta na świeżości

Lizbona przyciąga światłem i położeniem nad Tagiem, ale kulinarnie opiera się przede wszystkim na oceanie. Ryby i owoce morza są tu podstawą, a ich jakość widać już na targach i w małych, rodzinnych restauracjach. Dorsz, który w Portugalii występuje w dziesiątkach wersji, podawany jest pieczony, smażony, zapiekany z ziemniakami albo rozdrobniony z cebulą i jajkiem jako bacalhau à brás.

W sezonie letnim na ulicach czuć zapach grillowanych sardyn, szczególnie podczas czerwcowych festiwali św. Antoniego. To danie proste, często jedzone na stojąco, z kromką chleba i kieliszkiem wina. Popularne są też cataplanas, czyli dania z owoców morza duszone w metalowym naczyniu, oraz arroz de marisco, gęsty ryż z małżami i krewetkami.

Nie można pominąć pastel de nata, małej babeczki z kremem budyniowym, którą najlepiej zjeść jeszcze ciepłą w jednej z lokalnych cukierni. W Lizbonie jedzenie nie jest skomplikowane. Liczy się świeżość składnika i prostota przygotowania.

Miasto dobrze sprawdza się jako kulinarny city break, bo w ciągu kilku dni można spróbować zarówno tradycyjnych potraw w niewielkich tasquinhas, jak i nowoczesnych interpretacji portugalskiej kuchni w odświeżonych halach targowych. To kierunek dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak silnie lokalna gastronomia związana jest z geografią i historią kraju.

Stambuł. Kuchnia na styku Europy i Azji

Stambuł trudno porównać z jakimkolwiek innym miastem. Tu jedzenie jest równie ważne jak historia i położenie nad Bosforem. Kuchnia łączy wpływy tureckie, bałkańskie, bliskowschodnie i śródziemnomorskie. Efekt widać na talerzu i czuć na ulicy.

Dzień zaczyna się od rozbudowanego śniadania. Na stole pojawiają się sery, oliwki, pomidory, ogórki, jajka, świeże pieczywo, miód i gęsta herbata podawana w małych szklaneczkach. To posiłek, który celebruje się bez pośpiechu. W ciągu dnia miasto żyje street foodem. Simit sprzedawany z wózka, grillowane mięso, balik ekmek, czyli kanapka z rybą jedzona w okolicach mostu Galata.

Bazary, zwłaszcza Egipski Bazar Przypraw, pokazują skalę aromatów. Kardamon, szafran, sumak, suszone papryki, baklawa i chałwa. Wieczorem popularne są meze, niewielkie porcje past, sałatek i warzyw podawane do raki. To sposób jedzenia oparty na wspólnym stole i dzieleniu się potrawami.

Stambuł sprawdza się jako kierunek dla osób, które chcą zobaczyć, jak kuchnia odzwierciedla historię regionu. W jednym mieście można spróbować smaków, które wywodzą się z różnych tradycji, a jednocześnie tworzą spójną, rozpoznawalną całość.

 

Bangkok street food nocny targ z tajskimi potrawami przygotowywanymi na stoiskach.
Na nocnym targu w Bangkoku dania przygotowywane są na oczach klientów, a aromat ziół i przypraw unosi się nad całym placem.

Tokio. Kuchnia dopracowana w każdym detalu

Tokio to miasto, w którym jedzenie traktuje się z wyjątkową powagą. Liczy się technika, sezon i jakość składnika. Nawet najprostsze danie przygotowywane jest według jasno określonych zasad, a kucharze przez lata doskonalą jeden rodzaj potrawy.

Sushi w Tokio często je się przy niewielkim kontuarze, obserwując pracę szefa. Każdy kawałek ma odpowiednią temperaturę i proporcję ryżu do ryby. Ramen gotowany jest godzinami, z wywarem dopracowanym do konkretnego stylu: tonkotsu, shoyu, miso. W specjalistycznych barach serwuje się tylko jedną wersję dania, ale doprowadzoną do perfekcji.

Miasto oferuje też ogromną różnorodność street foodu. Takoyaki, yakitori, onigiri czy sezonowe słodycze sprzedawane w małych punktach i sklepach całodobowych. Wizyta w zwykłym supermarkecie bywa doświadczeniem samym w sobie – półki pełne są gotowych zestawów bento, produktów sezonowych i przekąsek, których nie ma w Europie.

Tokio to kierunek dla osób, które chcą zobaczyć, jak tradycja łączy się z nowoczesnością. W jednym mieście funkcjonują maleńkie bary z kilkoma miejscami i restauracje nagradzane w międzynarodowych przewodnikach. Wszystko działa według tej samej zasady: smak musi być precyzyjny i powtarzalny.

Bangkok. Intensywność smaków i kuchnia uliczna na najwyższym poziomie

Bangkok to jedno z tych miast, w których jedzenie wychodzi na ulicę i zostaje tam przez całą dobę. Stragany, nocne targi, małe punkty z plastikowymi stołkami ustawionymi na chodniku – to właśnie tutaj toczy się kulinarne życie miasta. Dla wielu podróżnych właśnie ten bezpośredni kontakt z kuchnią jest najważniejszym powodem przylotu.

Pad thai smażony na oczach klientów, zupy tom yum o wyraźnej ostrości i kwaśności, zielone curry z mlekiem kokosowym, grillowane mięsa i ryby. Smaki są intensywne, wyraziste, budowane na balansie między słodkim, kwaśnym, ostrym i słonym. Każde danie opiera się na świeżych ziołach – kolendrze, trawie cytrynowej, liściach kaffiru.

Bangkok oferuje także nowoczesne restauracje i fine dining, ale to kuchnia uliczna nadaje ton całemu miastu. Jedzenie jest szybkie, świeże i przygotowywane na bieżąco. Często ten sam sprzedawca specjalizuje się w jednym daniu, dopracowywanym latami.

To kierunek dla osób, które chcą wyjść poza europejskie schematy smakowe i zobaczyć, jak funkcjonuje kuchnia w tropikalnym klimacie, w mieście, które nigdy nie zwalnia. W Bangkoku plan dnia naturalnie podporządkowuje się kolejnym przystankom kulinarnym.

Tureckie meze z warzywami i herbata w szklance w kształcie tulipana.
Tureckie meze podawane są w niewielkich porcjach, z herbatą w tradycyjnej szklaneczce w kształcie tulipana.

Kopenhaga. Sezonowość i jakościowy minimalizm 

Kopenhaga w ostatnich latach stała się jednym z najważniejszych punktów na kulinarnej mapie Europy. Nie przez przypadek. Tutejsza gastronomia opiera się na sezonowości, lokalnych dostawcach i krótkim łańcuchu produktów. Ryby z chłodnych wód, warzywa z małych gospodarstw, fermentacje i kiszonki wróciły do łask w nowoczesnym wydaniu.

Smørrebrød, czyli otwarte kanapki, to najbardziej rozpoznawalny symbol duńskiej kuchni. Na kromce żytniego chleba lądują śledzie, krewetki, pieczona wołowina, jajko, zioła i sezonowe dodatki. Prosto, ale z dbałością o kompozycję. To danie, które pokazuje podejście Duńczyków do jedzenia – bez nadmiaru, z koncentracją na smaku.

Miasto oferuje zarówno restauracje z międzynarodowymi nagrodami, jak i hale targowe, gdzie można spróbować lokalnych serów, wypieków czy dań inspirowanych kuchniami świata. W Kopenhadze kuchnia jest elementem stylu życia. Jedzenie nie ma być pokazem, tylko dobrze przemyślaną częścią dnia.

To kierunek dla tych, którzy cenią jakość, świadome podejście do produktów i spokojne tempo degustowania. Kulinarna podróż do Kopenhagi to mniej intensywnych przypraw, a więcej pracy nad detalem.

Marrakesz. Przyprawy, targi i kuchnia zakorzeniona w tradycji

Marrakesz to zupełnie inne tempo i inna paleta smaków niż europejskie stolice. Tu dzień wyznaczają godziny modlitw, upał i rytm targu na placu Dżamaa al-Fina. Właśnie tam, między straganami i wózkami z jedzeniem, najłatwiej zrozumieć, czym jest marokańska kuchnia.

Podstawą są przyprawy. Kumin, kolendra, cynamon, imbir, szafran, mieszanki ras el hanout. Tajine, duszone mięso lub warzywa w charakterystycznym glinianym naczyniu, ma dziesiątki wariantów. Kuskus podawany jest w piątki, często w wersji rodzinnej, z warzywami i mięsem. Harira, gęsta zupa z ciecierzycą i pomidorami, pojawia się szczególnie w czasie Ramadanu.

W Marrakeszu jedzenie jest mocno osadzone w tradycji i domowej kuchni. Wiele restauracji serwuje dania przygotowywane według przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Do tego słodka herbata miętowa nalewana z wysokości, świeże pieczywo wypiekane codziennie rano i desery na bazie miodu oraz migdałów.

To kierunek dla tych, którzy chcą doświadczyć kuchni opartej na aromacie i długim gotowaniu. W Marrakeszu smak nie jest delikatny ani neutralny. Jest wyrazisty i zapamiętywany na długo.

Fot. Shutterstock