werandcountry.pl weranda.pl
  • W podróży

Perła buddyjskiej Tajlandii. Świątynie, targi i codzienne życie w Chiang Mai

autor: Tomasz Nowak

Chiang Mai nie krzyczy atrakcjami. Raczej wciąga spokojem starych murów, zapachem kadzideł i codziennym rytmem świątyń. To miasto, które najlepiej poznaje się powoli, spacerując między watami, targami i uliczną kuchnią północy Tajlandii.

– Mrs and Mr Tomash? – zapytała recepcjonistka w hotelu na starym mieście w Chiang Mai. Z nieznanych powodów we wszystkich rezerwacjach w tajskich hotelach zapisywali nas w ten właśnie sposób. Nie Dorota i Tomasz Nowak, tylko Mrs and Mr Tomash. Cóż, co kraj, to obyczaj.

– Dobrze, że przyjechaliście w niedzielę – powiedziała. – Dziś jest wielki niedzielny market. Musicie to zobaczyć i zrobić zakupy.

Niedzielny targ, rozpoczynający się od Bramy Tha Pae, rozciąga się wzdłuż ulicy Ratchadamnoen, wypełniając ją sprzedawcami rękodzieła, biżuterii, dzieł sztuki, naturalnych mydeł, lokalnych tkanin i pamiątek. Wraz z zachodem słońca tysiące mieszkańców i turystów spotyka się, robi zakupy i chłonie świąteczną atmosferę.

Ulica ma 1,5 km, ale sprzedawcy rozkładają swoje stragany także na przecznicach. Wszędzie można spodziewać się muzyki na żywo, tradycyjnych tajskich tancerzy i artystów. W efekcie niedzielny market w Chiang Mai obejmuje w zasadzie całe stare miasto. Naprawdę na tym targu można nogi uchodzić i objeść się streetfoodowymi smakołykami po szyję. Wówczas warto przysiąść na chwilę i oddać się relaksującemu masażowi stóp w fotelu ustawionym wprost na ulicy.

Buddyjscy mnisi siedzących w sali świątynnej w Chiang Mai.
Mnisi w jednej z sal świątynnych na terenie starego miasta w Chiang Mai.

Święty pępek miasta

Miasto Chiang Mai (pol. dosł. „nowe miasto”) wybudowano w XIII wieku. Legenda głosi, że wznoszenie go zajęło zaledwie cztery miesiące, a na placu budowy stanęło 100 tys. robotników. Umocnione miasto wzniesiono na planie czworoboku z symbolicznym odzwierciedleniem postaci człowieka (z głową, plecami, brzuchem, rękami i nogami). Miało to symbolizować połączenie człowieka z naturą. W mieście zamieszkał jego budowniczy, Mangrai, który był władcą całego królestwa Lanna (pol. dosł. „królestwo miliona pól ryżowych”).

Mangrai rezydował w nim przez kolejne 20 lat, do dnia, w którym zginął podczas przechadzki po centrum miasta, uderzony przez piorun. Dziś w miejscu jego śmierci stoi Wat Sadeu Muang (pol. dosł. „świątynia pępka miasta”), a mieszkańcy wierzą, że zmarły władca jest aniołem stróżem miasta i mieszka w tej właśnie świątyni.

Dziś nowe miasto rozrosło się daleko poza mury swej starej części. Stare miasto znajduje się na zachodnim brzegu rzeki Ping, na wschodnim rozrosło się miasto współczesne. To największe miasto północnej Tajlandii, liczy 1,2 mln mieszkańców.

Złote czedi i stupy w świątyni buddyjskiej w Chiang Mai na północy Tajlandii
Złoty posąg Buddy w świątyni w Chiang Mai, wnętrze z modlącymi się ludźmi
Zewnętrzne zdobienia Srebrnej Świątyni Wat Sri Suphan w Chiang Mai
Dziedziniec Srebrnej Świątyni Wat Sri Suphan w Chiang Mai z posągami Buddy
Świątynie w Chiang Mai z bogatymi ornamentami i zdobieniami robią niesamowite wrażenie.

Buddyzm w złocie, srebrze i ciszy

Chiang Mai otula podróżników mgłą spływającą z gór i wonią kadzideł. Miasto ma ponad trzysta świątyń, które tworzą unikalną mozaikę złota i czerwieni. Spacerując po Starym Mieście, otoczonym fosą i murami, czujesz puls buddyzmu therawada, najdłużej istniejącej szkoły buddyjskiej, której mistrzowie wywodzą swą naukę bezpośrednio od Buddy, religii, która kształtuje tu codzienne życie.

Tylko w obrębie najstarszej części miasta znajduje się 20 pełnych historii watów. Spacerując brukowanymi uliczkami, odkrywasz duchowy labirynt, gdzie mnisi w szafranowych szatach spotykają się z turystami poszukującymi autentyczności.

Wiele tych świątyń warto zobaczyć, ale niektórych po prostu nie można przegapić. Wat Phra Singh to nie tylko świątynia królewska, ale prawdziwa królowa tego miasta. Została zbudowana w 1345 r. Jej główna część to sala modlitw, gdzie lśni posąg Lwa Buddy, otoczony freskami pokazującymi obrazy z legend. Poranne nabożeństwa wypełniają jej przestrzeń gongami i kadzidłem. Jeśli chcesz, wejdź cicho, zdejmij buty i usiądź gdzieś w pozycji lotosu.

Tuż obok Wat Chedi Luang imponuje ruinami gigantycznej stupy z 1400 r., niegdyś najwyższej w regionie (80 m). Dziś otoczona mniejszymi czedi, dzwonnicą i betonowym słoniem, który ma mieć właściwości ochronne. Gości ona replikę Szmaragdowego Buddy. Legenda mówi, że przynosi deszcz. To idealne miejsce na życzenia w porze suchej.

Wat Chiang Man to najstarsza świątynia w obrębie murów (IX w., odbudowana w 1296 r.). Znajduje się w niej dziesięciocentymetrowy Kryształowy Budda. Niepozorna figura ustawiona jest na złotej podstawie, osłoniętej złotym baldachimem wykonanym z 6 kg złota. Przed świątynią kamienne słonie podtrzymują platformę ze złotą wieżą, a w tle słychać szmer fontanny.

Wat Phra Kao Kaew dodaje elegancji z białą stupą i złotymi zdobieniami, Wat Buak Hard kusi spokojnym stawem i ogromnym posągiem Buddy Leżącego, a tuż za murami, przy ulicy Wua Lai, znajduje się Wat Sri Suphan, potocznie nazywana Srebrną Świątynią.

Wat Sri Suphan cała pokryta jest misternie uformowaną srebrzystą blachą. Naprawdę cała. Niestety nie srebrną, a raczej aluminiową, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Srebrne są tylko wizerunki świętych.

Świątynia została założona około 1500 roku, a jej główną atrakcją jest posąg Buddy, otoczony relikwiami zakopanymi pod fundamentami 500 lat temu. Ślady kul z II wojny światowej na stopie posągu dodają mu mistycyzmu i pokazują kolejny ślad historii. Kolejna atrakcja to misternie wykute panele ze srebrnej blachy w stylu lannańskim, przedstawiające życie Buddy, historię Lanna i prawdy ostateczne.

Niestety przez te zakopane relikwie i fakt, że obiekt jest czynną salą święceń, nie mogą odwiedzać go kobiety. Buddyści twierdzą, że mogłyby mieć zły wpływ na moc artefaktów, a także na moralność mnichów żyjących w czystości i cnocie. Srebro z kolei mogłoby źle wpłynąć na kobiecą próżność. Dlatego wolą unikać konfliktu pokus.

Gdybyśmy podjęli decyzję o wyruszeniu kawałek dalej, możemy odwiedzić kolejną perłę na sznurze Chiang Mai, czyli Wat Phra That Doi Suthep. Świątynia góruje na wzgórzu 15 km od centrum. Aby się do niej dostać, należy pokonać 306 stopni schodów (spokojnie, jest też kolejka). Na górze czeka na nas złota stupa z XIV wieku, skrywająca relikwie Buddy. Widok na miasto i dolinę jest oszałamiający, zwłaszcza o zachodzie słońca.

Dla kontrastu warto skierować się do Wat Umong, „Świątyni Nietoperzy”, która znajduje się w lesie na obrzeżach miasta. XIII-wieczne tunele pod ziemią, wykute w skale, kryją napisy medytacyjne. Wizyta tam to spacer ścieżkami wśród stawów i w towarzystwie hałaśliwych małp.

Dziedziniec Srebrnej Świątyni Wat Sri Suphan w Chiang Mai z posągami Buddy.
Dziedziniec świątyni Wat Sri Suphan w Chiang Mai.

Słowo praktyka

Dotarcie do świątyń w obrębie murów starego miasta jest proste. Wszystkie, łącznie ze Srebrną Świątynią, są dostępne spacerem. Do tych dalszych można podjechać tuk-tukiem, taksówką albo rowerem, którego wynajęcie kosztuje 30–50 bahtów za cały dzień, czyli maksymalnie 5,5 zł.

Wejścia do większości świątyń są darmowe. Ceny biletów w tych pozostałych wahają się między 20 a 50 bahtów, ale czasem w tej cenie dostajemy wodę i pamiątkowy drobiazg.

Noclegi na starym mieście zaczynają się od 200 bahtów w hostelach. Posiłek zjemy na ulicy już od 5–6 zł. Obowiązuje tu kuchnia chłodniejszej północy, czyli bardziej kaloryczna, mięsna, z fermentowaną wieprzowiną, skwarkami i ostrymi kiełbasami, takimi jak Sai Oua. Na nocnym markecie trzeba skosztować prawdziwego Khao Soi, czyli aromatycznej zupy kokosowej z mięsem lub warzywami, podawanej z miękkim makaronem pszennym oraz smażonym, chrupiącym makaronem jajecznym. Bardzo smaczna jest też zupa z kurzych łapek – ostra, aromatyczna i tak kleista, że trzeba ją jeść z garnka ustawionego na płonących węglach.

Do Chiang Mai warto wybrać się jesienią. To wówczas ma miejsce święto Loy Krathong, czyli spławianie tratewek. Rzeką płyną małe tratwy ozdobione kwiatami, świecami i kadzidełkami, a w powietrzu unoszą się setki cylindrycznych balonów z papieru, z kłębkiem bawełny nasączonej naftą, która po podpaleniu nagrzewa powietrze w balonie, unosząc go do góry. Tratewki i balony mają zabierać ze sobą nieszczęście i pecha.

Drugie ważne święto to kwietniowy Songkran, czyli tajski Nowy Rok. Jego inna nazwa to Święto Lania Wody. Obmywa się wówczas posągi Buddy, ale także siebie. To taki nasz śmigus-dyngus, tyle że w wersji zdecydowanie „hard core party”. Polewanie odbywa się za pomocą wiader, miednic, a czasem i cięższego sprzętu.

Wizyta w Chiang Mai to także okazja do odwiedzenia sanktuarium słoni. My byliśmy w ufundowanym przez króla Tajlandii Pongern Elephant Family Camp, miejscu, gdzie żyją ocalone słonie „po przejściach”. Podczas całodniowej wizyty mieliśmy okazję karmić słonie, taplać się z nimi w błocie, a później kąpać w rzece Wang. Nasze serce skradło malutkie słoniątko, które zachowywało się jak rozbawiony szczeniak. Przewracało się w rzece, podskakiwało, pryskało z trąby wodą, po czym odwracało głowę, udając, że to nie ono, i tuliło się do ludzi jak młody labrador. Na to ostatnie trzeba było jednak uważać, bo nasz maluch ważył trochę ponad tonę.

Fot. T. Nowak