werandcountry.pl weranda.pl
  • W podróży

Najpierw ekran, potem bilet. Seriale i filmy wyznaczają nowe kierunki podróży

autor: Agnieszka Kaszuba

Zaczyna się niewinnie. Jeden odcinek oglądany wieczorem, zapisany kadr, nazwa miasta sprawdzona odruchowo w telefonie, potem szybkie porównanie lotów. Jeszcze zanim na dobre kończy się sezon jednego serialu, konkretne miejsca zaczynają żyć nowym ruchem. Turyści ruszają nie tylko za słońcem i pogodą, ale też za obrazem, który wcześniej zobaczyli na ekranie. Tak właśnie działa turystyka filmowa, coraz mniej związana z samym kinem, coraz bardziej z codziennym planowaniem wyjazdów.

Jeszcze kilka lat temu podróż śladami filmu kojarzyła się raczej z fanowską ciekawostką niż z realnym trendem. Dziś trudno już tak na to patrzeć. Popularne seriale i filmy potrafią w kilka tygodni przesunąć uwagę turystów na konkretne miasta, wyspy, plaże i hotele. Wystarczy kilka mocnych ujęć, dobrze opowiedziana historia i cały gotowy krajobraz zaczyna pracować w wyobraźni mocniej niż klasyczna reklama. Nie trzeba nawet znać dokładnej lokalizacji. Czasem wystarcza klimat miejsca, światło, widok z tarasu, fragment nadmorskiej ulicy albo hotelowy basen, żeby uruchomić całą lawinę podróżniczych pomysłów.

Najciekawsze jest jednak to, że taki wyjazd rzadko zaczyna się dziś od przewodnika. Zwykle najpierw pojawia się obraz. Potem przychodzi pytanie, czy to miejsce istnieje naprawdę, czy można tam dolecieć bez komplikacji, czy wygląda tak samo poza planem zdjęciowym i czy da się jeszcze zobaczyć je bez tłumu ludzi ustawiających się do tego samego kadru. Podróżowanie tropem seriali i filmów ma w sobie coś z nowoczesnego polowania na emocje. Chodzi nie tylko o zobaczenie dekoracji znanej z ekranu, ale o wejście do świata, który wcześniej został dobrze sprzedany przez opowieść.

I właśnie tu zaczyna się różnica między zwykłą inspiracją a naprawdę udanym wyjazdem. Bo ekran niemal zawsze coś podkręca, wygładza albo składa z kilku miejsc naraz. Na żywo liczy się już co innego: pora dnia, sezon, dostępność, odległości, ceny i to, czy za filmowym kadrem stoi prawdziwe miasto z własnym rytmem, czy tylko punkt obowiązkowy dla turystów. Dlatego turystyka filmowa robi się dziś ciekawa dopiero wtedy, gdy przestaje być prostym odtwarzaniem scen i zamienia się w mądrze zaplanowaną podróż.

Białe klify nad turkusowym morzem na południowym wybrzeżu Anglii, zielone pola i widok z lotu ptaka.
Surowe klify na południu Anglii pokazują, dlaczego brytyjskie plenery tak często wracają w filmach i serialach.

Nie każdy filmowy kadr prowadzi pod właściwy adres

Taka podróż zwykle zaczyna się od prostego błędu. Widzimy piękną zatokę, kamienne schody, hotel z tarasem nad morzem albo ulicę, po której idzie bohaterka w idealnym świetle, i zakładamy, że wystarczy tam dojechać, żeby dostać dokładnie ten sam obraz. Tymczasem ekran bardzo często oszukuje. Jedno serialowe „miasto” potrafi być złożone z kilku lokalizacji, wnętrza bywają kręcone gdzie indziej niż plenery, a najbardziej pamiętne sceny są wynikiem montażu, światła i odpowiednio dobranej pory dnia. Właśnie dlatego rozsądne planowanie podróży tropem filmów i seriali zaczyna się nie od kupowania biletu, tylko od sprawdzenia, co naprawdę istnieje i co rzeczywiście da się zobaczyć na miejscu. Sama branża turystyczna dobrze to rozumie, bo wokół takich produkcji powstają już gotowe trasy, mapy i wycieczki dla fanów. 

Najlepiej oddzielić trzy rzeczy. Pierwsza to prawdziwa lokacja, czyli konkretne miejsce, do którego można dojść, dojechać albo wejść z biletem. Druga to filmowe wyobrażenie o miejscu, często mocniejsze niż sama geografia. Trzecia to otoczka turystyczna, która pojawia się chwilę później: oznaczone punkty, spacery tematyczne, selfie spots, sklepiki, czasem nawet całe gotowe pakiety. Dubrownik jest jednym z najbardziej znanych przykładów takiego procesu. Dziś przyciąga nie tylko jako piękne miasto nad Adriatykiem, ale też jako ekranowe Westeros, a popularność „Gry o tron” przełożyła się tam na globalną rozpoznawalność i rozwój oferty dla osób, które chcą zobaczyć znane kadry na żywo. Według przywołanych danych wyszukiwania związane z tym kierunkiem nadal rosną. 

Podobnie działa to w przypadku miejsc, które zyskują nie tyle dzięki jednemu zabytkowi, ile dzięki atmosferze. Palermo jest tu dobrym przykładem, bo zainteresowanie nim rośnie nie tylko z powodu konkretnego adresu z ekranu, ale też przez cały obraz miasta, jaki niesie serial. Według danych cytowanych w materiale liczba wyszukiwań lotów do Palermo wzrosła o około 30 proc. rok do roku. To pokazuje, że widzowie coraz częściej nie szukają już tylko „miejsca z filmu”, ale chcą wejść w cały pejzaż, który zobaczyli na ekranie: światło, uliczny ruch, nadmorskie tarasy, kolory i tempo życia. 

Dlatego przed takim wyjazdem warto zrobić rzecz bardzo prostą, ale często pomijaną: zamiast zapisywać tylko nazwę miasta, dobrze rozpisać sobie, co dokładnie przyciągnęło uwagę. Czy chodzi o konkretną ulicę, hotel, punkt widokowy, plażę, targ, pałacowe wnętrza, a może po prostu o klimat miejsca. To robi różnicę, bo wtedy łatwiej ocenić, czy wystarczy weekend, czy potrzebna jest dłuższa podróż, czy da się wszystko zobaczyć pieszo, czy konieczny będzie samochód albo lokalny transport. W praktyce właśnie ten moment decyduje, czy wyjazd będzie przyjemnym tropieniem filmowych śladów, czy nerwowym pościgiem za kadrami, które na żywo okazują się od siebie bardzo oddalone.

Największą pułapką turystyki filmowej jest przekonanie, że najważniejsze będzie dokładnie to samo, co na ekranie. A przecież najciekawsze rzeczy często zaczynają się obok. W Nowej Zelandii sukces „Władcy Pierścieni” przełożył się na realny wzrost ruchu turystycznego, a Hobbiton stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji kraju. Tyle że podróżni nie lecą tam wyłącznie po jedną dekorację. Ciągnie ich całe wyobrażenie o krajobrazie, przestrzeni i przygodzie. Z danych przywołanych w materiale wynika, że po sukcesie trylogii liczba zagranicznych odwiedzających Nową Zelandię wzrosła z około 1,7 mln do 2,4 mln w ciągu kilku lat, a sam Hobbiton przyjmuje dziś ponad 350 tys. odwiedzających rocznie. 

Dobrze zaplanowana podróż tropem seriali i filmów nie polega więc na mechanicznym odtwarzaniu scen. Lepiej potraktować ekran jako punkt startu, a nie gotowy plan. Zostawić sobie czas na obejście miejsca bez pośpiechu, wejść w boczną ulicę, usiąść w kawiarni, zajrzeć na lokalny targ, sprawdzić, jak dane miasto wygląda rano, a jak wieczorem. Wtedy nagle okazuje się, że serialowy impuls był tylko pretekstem, a prawdziwa podróż zaczyna się dopiero na miejscu.

Zwiedzający na planie filmowym w Warner Bros. Studio Tour London, kolorowe witryny sklepów i dekoracje z „Harry’ego Pottera”.
Ulica z planu „Harry’ego Pottera” w Warner Bros. Studio Tour London to jedno z tych miejsc, gdzie turystyka filmowa działa najmocniej.

Kiedy jechać, żeby filmowe miejsce nie zniknęło w tłumie

Turystyka filmowa ma jedną wadę, o której łatwo zapomnieć, kiedy ogląda się piękne ujęcia z serialu albo zapisuje kolejne kadry w telefonie. Wiele takich miejsc najlepiej wygląda nie wtedy, gdy jest o nich najgłośniej, tylko chwilę przed szczytem zainteresowania albo już po nim. Gdy produkcja staje się globalnym hitem, ruch potrafi ruszyć bardzo szybko. W materiale FRU dobrze widać to na przykładzie Palermo, gdzie liczba wyszukiwań lotów wzrosła o około 30 proc. rok do roku, a także Dubrownika, którego rozpoznawalność mocno urosła dzięki „Grze o tron”. Branża turystyczna odpowiedziała na to błyskawicznie, tworząc gotowe trasy, mapy i wycieczki dla fanów. 

To właśnie dlatego przy podróży tropem seriali i filmów najważniejszy bywa nie sam adres, tylko moment wyjazdu. To, co na ekranie wygląda jak spokojny spacer po kamiennych uliczkach albo niespieszne śniadanie z widokiem, na miejscu może oznaczać środek dnia, kolejkę do zdjęcia i ceny wyższe niż kilka ulic dalej. Miejsca wypromowane przez kino i seriale często przechodzą ten sam proces. Najpierw pojawia się zachwyt obrazem, potem fala zainteresowania w mediach społecznościowych, a na końcu cały turystyczny mechanizm, który potrafi zmienić rytm miasta albo regionu. W Wielkiej Brytanii turystyka inspirowana popkulturą stała się już trwałym elementem strategii rozwoju, a w 2026 roku dodatkowy impuls mają dawać produkcje związane z brytyjskimi plenerami, w tym nowa ekranizacja „Wichrowych wzgórz” i kolejne zainteresowanie światem „Bridgertonów” oraz „Harry’ego Pottera”. 

Najrozsądniej jest więc jechać obok głównej fali, nie dokładnie w jej środku. W praktyce oznacza to wybór miesięcy przejściowych, dni powszednich, wczesnych godzin porannych albo wieczorów, kiedy grupowych wycieczek jest mniej. W takich momentach łatwiej zobaczyć miejsce naprawdę, a nie tylko jego turystyczną wersję przygotowaną pod masowy ruch. To ważne szczególnie tam, gdzie popularność serialu przykleiła się do konkretnego obrazu miasta. Dubrownik na ekranie był fikcyjną stolicą Westeros, ale na żywo pozostaje niewielkim, historycznym miastem, które ma swoje granice pojemności i swój własny rytm. Gdy przyjeżdża się tam poza szczytem, łatwiej zrozumieć, dlaczego to miejsce zadziałało na wyobraźnię widzów, zamiast tylko odtwarzać znany kadr. 

Podobnie jest z miejscami, które przyciągają nie jednym punktem, tylko całym krajobrazem. Nowa Zelandia jest tu najlepszym przykładem. Po sukcesie „Władcy Pierścieni” liczba zagranicznych odwiedzających wzrosła z około 1,7 mln w 2000 roku do około 2,4 mln w 2006 roku, a Hobbiton przyjmuje dziś ponad 350 tys. odwiedzających rocznie. To nie jest już ciekawostka dla fanów fantasy, tylko pełnoprawny ruch turystyczny. I właśnie w takich miejscach szczególnie dobrze widać, że pora wyjazdu decyduje o odbiorze wszystkiego: światła, przestrzeni, zdjęć, dostępności tras i zwykłego poczucia, że nadal jest się w realnym krajobrazie, a nie w kolejce do atrakcji. 

Dobrze zaplanowana podróż filmowym tropem wymaga więc odrobiny chłodnej kalkulacji. Lepiej pojechać tydzień później, o dzień wcześniej, poza weekendem albo poza kulminacją sezonu, niż próbować na siłę wejść w miejsce dokładnie wtedy, gdy chce tam być cały internet. Ekran sprzedaje marzenie, ale dopiero właściwy termin pozwala zobaczyć, czy za tym marzeniem stoi prawdziwe miejsce, do którego naprawdę chce się wrócić.

Widok na mury obronne i skaliste wybrzeże Dubrownika, błękitna woda Adriatyku i stare miasto w tle.
Dubrownik od lat przyciąga nie tylko swoim położeniem nad Adriatykiem, ale też skojarzeniem z „Grą o tron”.

Nie układaj podróży tylko pod kadry

Najgorsze, co można zrobić przy wyjeździe śladami seriali i filmów, to zaplanować cały pobyt jak listę punktów do odhaczenia. Jedna ulica, jeden taras, jeden hotel, jedno schody, szybkie zdjęcie i dalej. Taki plan zwykle dobrze wygląda tylko na papierze. Na miejscu szybko okazuje się, że między tymi adresami jest zwyczajne miasto albo region, który żyje własnym rytmem i wcale nie chce być tylko tłem dla cudzej opowieści.

Dużo lepiej działa inny sposób. Najpierw wybiera się 2 albo 3 miejsca, które naprawdę są ważne, bo pojawiły się w ulubionej produkcji albo po prostu najmocniej zapadły w pamięć. A potem wokół nich buduje się normalną podróż. Jeśli serial podsunął pomysł na Palermo, to nie warto zatrzymywać się tylko na samym tropie ekranowym. Trzeba dać sobie czas na targ, kawiarnię, wieczorny spacer, zwykłą ulicę bez wielkiej sceny w tle. Dopiero wtedy zaczyna być jasne, czy zachwyt dotyczył jednego kadru, czy całego miasta.

To samo dotyczy mniejszych miejscowości i regionów. Filmowy adres może być początkiem, ale nie powinien być jedyną treścią wyjazdu. Dobrze zostawić w planie przestrzeń na to, co dzieje się obok. Lokalną kuchnię, punkt widokowy, mały port, targowisko, muzeum, trasę spacerową, mniej oczywistą dzielnicę. Właśnie tam najczęściej widać, czy miejsce ma własny charakter, czy żyje już głównie z tego, że ktoś kiedyś ustawił tam kamerę.

W praktyce najlepiej układać taką trasę warstwowo. Jedna warstwa to miejsca znane z ekranu. Druga to rzeczy, które naturalnie pasują do okolicy i pozwalają ją zrozumieć. Trzecia to zwykły czas bez planu, bardzo potrzebny przy tego typu podróżach. Bo czasem najlepszy moment nie wydarza się w słynnej lokalizacji, tylko kilka ulic dalej, kiedy nagle zgadza się światło, pora dnia i atmosfera, której nie dało się zaplanować. Wtedy taki wyjazd przestaje być gonitwą za scenami, a zaczyna przypominać prawdziwe odkrywanie miejsca.

Warto też uważać na jedną pułapkę. Internet podpowiada dziś gotowe trasy pod hasłem „śladem serialu” albo „w jeden dzień zobaczysz wszystko”. To bywa wygodne, ale często spłaszcza podróż. Zamiast własnego rytmu pojawia się pośpiech i potrzeba odtworzenia cudzych zdjęć. Tymczasem dużo ciekawsze jest sprawdzenie, co zostało z filmowego nastroju poza samym kadrem. Czy ta uliczka nadal ma klimat o poranku, czy ten plac żyje także wtedy, gdy znikają wycieczki, czy okolica ma sens również bez ekranowego skojarzenia.

Najlepsze podróże tego typu nie są wierną kopią serialu. Są raczej rozmową z miejscem, które najpierw poznaliśmy na ekranie, a potem próbujemy odczytać już po swojemu. I właśnie wtedy filmowy impuls naprawdę się broni. Nie jako gotowy scenariusz wyjazdu, tylko jako dobry pretekst, żeby pojechać gdzieś uważniej.

Miejsca, które warto odwiedzić tropem seriali i filmów

Na początek jest Dubrownik, czyli jedno z najbardziej rozpoznawalnych miast turystyki filmowej. To właśnie tutaj kręcono sceny do „Gry o tron”, a stare miasto z murami, schodami i widokami na Adriatyk zagrało ekranową Królewską Przystań. Dla wielu osób to dziś klasyczny kierunek na wyjazd śladami serialu, ale jego siła polega też na tym, że poza samymi lokacjami naprawdę jest co oglądać. Można przejść się po murach, zajrzeć w boczne uliczki, zejść ku morzu i zobaczyć, jak bardzo to miejsce działa również bez serialowego kontekstu. To dobry adres dla tych, którzy chcą połączyć filmowy trop z normalnym, bardzo udanym city breakiem. 

Drugim mocnym kierunkiem jest Palermo, kojarzone dziś przede wszystkim z serialem „Biały Lotos”. W tym przypadku nie chodzi nawet o jeden konkretny punkt, ale o cały klimat miejsca, który zostaje w głowie po seansie: sycylijskie światło, tarasy, eleganckie hotele, miejski gwar i południową atmosferę. Palermo dobrze sprawdza się jako kierunek dla osób, które nie chcą tylko tropić jednej sceny, ale raczej wejść w świat pokazany na ekranie i sprawdzić, jak wygląda on naprawdę. To miasto, które najlepiej odkrywa się szerzej, przez spacery, jedzenie i zwykłe obserwowanie codziennego życia, a nie tylko przez listę filmowych adresów. 

Jeśli ktoś myśli o większej wyprawie, naturalnym wyborem pozostaje Nowa Zelandia, najmocniej związana z trylogią „Władca Pierścieni” i światem „Hobbita”. To jeden z tych kierunków, gdzie filmowa historia naprawdę przeniosła się do turystyki. Najbardziej znanym miejscem jest oczywiście Hobbiton w okolicach Matamaty, czyli zachowany plan filmowy, który dla wielu podróżnych stał się obowiązkowym punktem trasy. Ale Nowa Zelandia działa szerzej niż jeden adres. Przyciąga całym krajobrazem, otwartą przestrzenią, górami i zielonymi wzgórzami, które na ekranie zbudowały wyobrażenie o Śródziemiu. To propozycja dla tych, którzy chcą, żeby filmowy impuls był początkiem prawdziwej podróży, a nie tylko jednodniową atrakcją. 

Mocnym adresem pozostaje też Wielka Brytania, tylko tu filmowa i serialowa mapa jest bardziej rozproszona. Bath i Londyn przyciągają fanów serialu „Bridgertonowie”, którzy szukają pałacowych wnętrz, eleganckich fasad, ogrodów i regencyjnej estetyki. To dobry kierunek dla osób, które lubią podróże bardziej stylowe, oparte na architekturze i atmosferze epoki. Z kolei miłośnicy „Harry’ego Pottera” zwykle kierują uwagę na brytyjskie rezydencje, zabytkowe miasta i plenery, które budowały ekranowy świat magii, a także na Warner Bros. Studio Tour London – The Making of Harry Potter, gdzie można zobaczyć oryginalne scenografie, kostiumy i rekwizyty z filmów. W tym przypadku podróż można ułożyć na kilka sposobów: jako city break, trasę po filmowych lokacjach albo bardziej studyjną wizytę dla tych, którzy chcą zajrzeć za kulisy produkcji. 

Ciekawie zapowiada się także Yorkshire i północna Anglia, które wracają na mapę podróży za sprawą nowej ekranizacji „Wichrowych wzgórz”. Tu najważniejsze nie są wielkie atrakcje miejskie, ale krajobraz: wrzosowiska, surowe przestrzenie, klify i stare dworki. To kierunek bardziej dla tych, którzy chcą pojechać za nastrojem niż za jednym konkretnym kadrem. Filmowy trop staje się tu raczej pretekstem do odkrycia regionu niż planem wyjazdu rozpisanym co do minuty. 

Fot. Shutterstok