- W podróży
Warmia i Mazury zimą zamiast Zakopanego. Bojery, dzikie szlaki i przygoda bez tłumów
Zimą pół Polski rusza na Podhale, by stać w kolejkach do wyciągów. Tymczasem Warmia i Mazury oferują przygodę w zupełnie innym wydaniu. Bojery pędzące po zamarzniętych jeziorach, wyprawy na łyżwach, puste leśne szlaki i miejsca, w których nawet odwilż nie psuje planów. Północ Polski zimą potrafi zaskoczyć bardziej niż niejeden narciarski kurort.
Zerwałeś się rano, aby zażyć sztruksu na Kotelnicy. Jest chłodno. Minus 3 stopnie Celsjusza. Na dzień zapowiadają ocieplenie i plus 5. Sztuczny śnieg zacznie płynąć i będzie się jeździło jak po cukrze. Chciałbyś powiedzieć: „Podhale, tu się oddycha”, ale właśnie do twoich nozdrzy dotarła chmura czarnego dymu z Passata TDI, któremu oszczędny właściciel wyciął katalizator.
Wyciąg jeszcze stoi, lecz kolejka gęstnieje. Obok ciebie facet w nieco obciachowym kombinezonie za cztery średnie krajowe klnie jak szewc, bo przecież mogliby uruchomić maszyny wcześniej zamiast punkt 9. Zapłacił prawie dwie stówy za karnet, to chce jeździć, zamiast czekać. Po chwili wściekły wycofuje się z kolejki i idzie na piwo z sokiem. Szkoda mu czasu na stanie.
Gdy połowa Polski w bezmyślnym odruchu stadnym pcha się na południe, by deptać sobie po piętach na Podhalu, droga do prawdziwej przygody wiedzie dokładnie w przeciwnym kierunku. Sześćset kilometrów na północ, za Przasnyszem i Szczytnem, kraina wielkich jezior zapada w stan, który mieszczucha przeraża najbardziej – w senną ciszę i spokój. Zimą Mazury zrzucają odpustowy blichtr. Znika zapach frytury i wrzask pijanych załóg czarterowych jachtów. Zostaje naga przyroda i przestrzeń, która potrafi przewietrzyć czaszkę skuteczniej niż arktyczny cyklon.
W tym samym czasie tafla jeziora Śniardwy pęka z hukiem przypominającym wystrzał z haubicy. To gruby lód rozszerza się i przestaje mieścić na jeziorze. Jest mocny. Pewnie utrzymałby samochód, ale nie ma co ryzykować. W promieniu dwustu kilometrów nie ma ani jednego gazdy z oscypkami z dyskontu. Jest tylko wiatr wiejący z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, pędzące po szklistej tafli bojery i zapach igliwia Puszczy Piskiej. Polska północno-wschodnia zimą nie jest pocztówką dla pensjonariuszy sanatoriów. To fascynujący poligon, który rzuca wyzwanie naszej miejskiej strefie komfortu, bez względu na to, czy termometr za oknem wskazuje syberyjski mróz, czy angielską pluchę.
Twarda woda i stalowe płozy
Prawdziwa zima na Pojezierzu Mazurskim zaczyna się wtedy, gdy woda zastyga i staje się twarda jak beton. Gdy mróz trzyma stabilnie przez dwa tygodnie, Niegocin, Kisajno czy Mamry przestają być akwenami żeglarskimi, a stają się gigantycznymi pasami startowymi.
Bojery, o konstrukcji pamiętającej lata trzydzieste ubiegłego wieku, nie ślizgają się po lodzie – one po nim fruną z prędkością przekraczającą sto kilometrów na godzinę. Płozy ze stali wytwarzają pod wpływem potężnego nacisku warstewkę wody, która niemal do zera redukuje tarcie. Człowiek siedzący kilkanaście centymetrów nad zmarzliną, w drewnianym kadłubie z sosnowej sklejki, przyjmujący na kręgosłup każdą nierówność lodu, uświadamia sobie, że narciarstwo zjazdowe przy tym sporcie jest jak jazda na koniu na biegunach.
Gdy zdejmie się kombinezon, a adrenalina osiągnie akceptowalny poziom, wcale nie trzeba uciekać pod pierzynę. W okolicach Giżycka i Mikołajek zamarznięte jeziora stają się areną ice-bikingowych ekspedycji. Wystarczy zamontować w rowerze opony nabite trzystoma hartowanymi kolcami, by bez poślizgów przecinać dystanse, które latem wymagają czarteru jachtu za kilka tysięcy złotych.
Jeśli rower ci nie służy, możesz wypróbować łyżwiarstwo wyprawowe, czyli nordic skating. Specjalne długie płozy montuje się bezpośrednio do butów biegowych. Do tego dwa kije z hartowanymi grotami, plecak z linką asekuracyjną oraz tzw. kolcami ratunkowymi na szyi. Można spróbować na zwykłych łyżwach (autor testował na hokejówkach), ale wolniej idzie. Na tego typu łyżwach nie da się osiągnąć odpowiednich prędkości przelotowych.
Gdy jezioro nie jest pokryte śniegiem, pokonanie dystansu z Giżycka do Mikołajek przez Niegocin, Boczne, Jagodne i Tałty to kwestia kilku godzin rytmicznego, hipnotycznego ślizgu. Nie ma tu band, lodowiskowych barierek, tłumu dzieciaków ani tandetnej muzyki z głośników. Jest tylko miarowy świst stali tnącej lód, opary twojego własnego oddechu i bezkresna płaszczyzna, na której jedynymi punktami orientacyjnymi stają się zarysy wysp i trzcinowisk.
Szczęśliwcy mogą trafić na tak przezroczysty lód jeziora (np. Święcajt), że zobaczą świat zatrzymany w krioanabiozie. W toni, na głębokości trzech metrów, możemy dostrzec nieruchome ławice okoni, które z metabolizmem zwolnionym do absolutnego minimum oczekują cieplejszych dni. Na te okonie czyha nie tylko szczupak w głębokich dołach, ale także wędkarze robiący dziury w szklistym dachu jeziora za pomocą świdra.
Wędkarstwo podlodowe w strefie pelagialu to zupełnie inna przygoda niż ta, którą znamy z ciepłych letnich dni. Wędkarz trzyma w rękach wędeczkę niewiele dłuższą od ołówka z kilkumilimetrową wolframową mormyszką leżącą na dnie, imitującą małego skorupiaka. Wykonuje mikroskopijne ruchy kijkiem i wypatruje drgnięcia kiwaka zrobionego ze szczeciny dzika. Wokół panuje cisza tak gęsta, że słychać bicie własnego tętna pod trzema warstwami wełny merino, polarem i kombinezonem pływającym. Kiedy po trzech godzinach walki z hipotermią wyciągasz garbatego, pasiastego okonia, nie ma znaczenia, że trzęsiesz się z zimna, a zgrabiałe palce już od dawna nie mogą utrzymać cieniutkiej żyłki. Wieczorem odmarzniesz.
W Szerokim Borze pod Rucianem-Nidą czeka ruska bania opalana polanami brzozowymi. Rozgrzewasz ciało do stu stopni Celsjusza, a potem z pomostu skaczesz prosto w wyrąbany przerębel. Organizm szaleje, a układ odpornościowy dostaje impuls silniejszy niż garść syntetycznych witamin z apteki.
Kto woli śnieg od lodu, melduje się w okolicach Gołdapi i na Wzgórzach Szeskich. Tam zamiast kolejek do wyciągu czeka bezkresne odludzie oraz biegówki lub skitury, którymi można przecinać morenowe wzniesienia, docierając w rejony, gdzie jedynym śladem na nienaruszonym puchu są tropy wilka i łosia.
Ciepły front i plus pięć
Co jednak zrobić, gdy atlantycki niż zepchnie wyż rosyjski, śnieg spłynie do rowów melioracyjnych, a krajobraz przyjmie barwę mokrej ścierki do podłogi? Większość turystów pakuje walizki w poczuciu krzywdy, przeklinając biomet. To błąd.
Dodatnie temperatury w środku zimy pokazują zupełnie inną twarz Warmii i Mazur, która rzuca mieszczuchom całkiem nowe wyzwania. Brak mrozu oznacza otwarcie sezonu na off-road w glinie morenowej. Wzgórza Dylewskie i bezdroża wokół Puszczy Nidzkiej zamieniają się w bezlitosną maź, gdzie napęd na cztery koła i reduktor to za mało – liczy się blokada dyferencjałów, wyciągarka i precyzyjne operowanie momentem obrotowym. Maszyny brodzą w błocie po osie, a kierowcy walczą z prawami fizyki w scenerii, która bardziej przypomina Kamczatkę niż krainę z folderów turystycznych. Zamiast plastiku i szpanu jest zapach rozgrzanej przekładni, chrzęst piasku w łożyskach i czysta satysfakcja z pokonania polodowcowego parowu.
Oczywiście te same parowy możemy pokonać rowerem. Jeśli drogi szutrowe zamieniają się w mieszankę zmarzliny, śnieżnej kaszy i błota, zwykły rower górski polegnie. Wtedy wjeżdża fatbike – potwór na miękkich oponach o szerokości minimum 4 cale. Taka maszyna idzie po grząskim gruncie jak czołg.
Zjeżdżanie z morenowych wzniesień Garbu Gielgudzkiego przez lasy bukowe, gdzie z ust bucha para, a spod kół pryskają bryzgi lodowatej mazi, to katorżniczy, ale niebywale satysfakcjonujący wysiłek fizyczny.
Dla tych, którzy wolą twarde nawierzchnie, zimowa odwilż to idealny czas na eksplorację architektury militarnej bez towarzystwa wycieczek szkolnych. Kompleks schronów kwatery Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych w Mamerkach nad Kanałem Mazurskim to ćwierć miliona metrów sześciennych żelbetonu nienaruszonego przez alianckie bombowce. Zimą, w temperaturze kilku stopni powyżej zera, mikroklimat wewnątrz bunkrów o ścianach grubości trzech metrów pozostaje niemal taki sam jak latem.
Dzięki temu, że las jest bezlistny, wreszcie widać pełną strukturę maskowania, gigantyczne śluzy Kanału Mazurskiego – w tym monumentalną, niedokończoną śluzę Leśniewo Górne – z ich surową geometrią industrialnego betonu, którego nie zasłania letnia wegetacja.
Warmia w wersji bezśnieżnej to z kolei spotkanie ze średniowiecznymi budynkami z cegły. Zamek Biskupów Warmińskich w Lidzbarku Warmińskim, perła gotyku z XIV wieku, w szary, mglisty dzień przestaje być muzeum, a staje się surową fortecą, po której krużgankach hula wiatr, dokładnie tak samo jak za czasów Mikołaja Kopernika czy Ignacego Krasickiego. W pobliskiej Olsztyńskiej Galerii Sztuki lub w historycznych murach Reszla nie ma letniego gwaru – jest jedynie odgłos naszych kroków na kamiennych posadzkach i zapach wiekowych murów.
Zimny deszcz i ciepła strawa
Po tych wszystkich wilgotnych doświadczeniach uratować nas może jedynie mazurska i warmińska gastronomia przetrwania. To nie jest czas na mrożone węgorze importowane z Chin. Tu trzeba sprawdzić jakość świeżych ryb ze Śniardw w restauracji w Głodowie. W lokalnych manufakturach serowarskich pod Jonkowem zobaczyć, jak dojrzewają twarde sery z niepasteryzowanego mleka krowiego i owczego, poddawane wielomiesięcznej proteolizie, o profilu smakowym zawstydzającym alpejskie goudy. Do tego przegryźć dymioną w tradycyjnych wędzarniach sielawą, przekąsić duszoną gęsiną owsianą, a na deser wziąć dzyndzałki z hreczką i skwarkami z wędzonego boczku. Po całym dniu przeżyć na świeżym powietrzu w naszych żołądkach zmieści się wszystko.
Zima na północy to nie substytut narciarskiego kurortu – to jego zupełne zaprzeczenie i inna forma wypoczynku. Nie wymaga naśnieżanych stoków ani kolorowych kombinezonów z najnowszej kolekcji. Niezależnie od tego, czy z nieba leci grad, czy jeziora skuwa lód twardy jak granit, ten region oferuje to, co cywilizacja sukcesywnie z nas wykorzenia – surowy autentyzm, przestrzeń i lekcję pokory wobec sił natury. Każdy, kto tu przyjedzie, powie: „Niech żałują ci, dla których jedynym marzeniem są narciarskie stoki”. Oni od października śpią w goglach, butach do nart i w kaskach.
