werandcountry.pl weranda.pl astromagia.pl
  • W podróży

Czarna turystyka w Polsce. Szlakiem czarownic, stosów i miejsc kaźni

autor: Tomasz Nowak
Obserwuj nas w Google

Halloween to dobry moment, by zajrzeć w miejsca, w których mroczne historie nie są wymysłem scenarzystów.Baszty, zamkowe lochy, dawne miejsca kaźni i szlaki prowadzące śladami kobiet oskarżanych o czary można znaleźć także w Polsce. Od Słupska i Nysy po Łysą Górę i Reszel – ruszamy tropem historii, które są znacznie bardziej niepokojące niż halloweenowe legendy.

 

Gdy zbliżamy się o zmierzchu do mglistego Słupska, łatwo ulec złudzeniu, że zza ceglanych murów nadrzecznej Baszty Czarownic wciąż unosi się dym i zapach spalenizny. Sylwetka budowli odbija się w leniwym nurcie Słupi z surowością charakterystyczną dla gotyku. Baszta, kojarzona z Hanzą, dziś znajduje się na trasie Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego.

Postawiono ją w pierwszej połowie piętnastego stulecia, by strzegła dostępu do miasta. Po dwustu latach jej militarna powaga ustąpiła miejsca pragmatycznej ciasnocie więziennych cel. W efekcie prawdziwa groza tamtych dni pachniała wilgotnym wapnem na murach, cienkim, kwaśnym piwem żłopanym przez strażników i atramentem, którym pisarz spisywał koszty powrozów, drewna oraz pracy kata.

To tutaj, w sercu luterańskiego Księstwa Pomorskiego pod rządami ostatnich Gryfitów, przetrzymywano kobiety posądzane o czynienie czarów. Jedyną metodą dochodzenia prawdy były tortury, a ostatnim wyjściem z kazamatów wąska dróżka wśród pokrzyw prowadząca na stos. To w tej baszcie ostatnie dni życia spędziło 19 słupskich mieszczek posądzonych o czary.

Zobacz nasze materiały wideo

Dymy nad Słupią

Katharina Nipkow (z domu Zimmermann), znana pod przydomkiem Trina Papisten, była żoną rzeźnika z Postomina, wsi leżącej nieopodal Słupska. Rodzina cieszyła się względnie wysokim statusem materialnym, a sama Katharina posiadała rozległą wiedzę na temat ziół i tradycyjnego lecznictwa, czym zjednywała sobie życzliwość chorych, lecz jednocześnie ściągała zazdrość lokalnej konkurencji. Jej ostateczną zgubą stał się przydomek, choć miano „Papisten” nie miało nic wspólnego z wrogą działalnością na rzecz Rzymu.

W regionie, w którym po reformacji protestantyzm stał się surową religią państwową, „papistą” pogardliwie nazywano każdego, kto pielęgnował dawne, katolickie zwyczaje. Dla sąsiadów jej religijna odmienność w połączeniu ze znajomością ziół tworzyła wizerunek osoby co najmniej podejrzanej.

Gdy w okolicy padło bydło, a u jednego z mieszkańców wystąpiły trudne do wytłumaczenia dolegliwości, machina ruszyła. W 1701 roku przeciwko Katharinie wniesiono formalne oskarżenie o czary. Kobieta została wtrącona do słupskiej baszty obronnej i poddana drobiazgowemu śledztwu prowadzonemu przez tamtejszy sąd miejski.

Z zachowanych protokołów wyłania się obraz niezwykłego oporu i hartu ducha. Katharina została poddana trzem, coraz brutalniejszym stopniom tortur. Zmiażdżono jej kciuki, wykręcono ręce ze stawów, przypalano, a ona przez cały czas odmawiała wyznania paktu z diabłem. Niestety, ludzka wytrzymałość ma swoje granice. Katharina podpisała zeznanie, w którym przyznała się do rzucania uroków na ludzi i zwierzęta. Została skazana na śmierć przez spalenie na stosie.Wykonano go za murami Słupska jesienią 1701 roku. Rzeczywistą przyczyną oskarżeń o czary był donos aptekarza Zieneckera, zazdrosnego o zyski z konkurencyjnej sprzedaży ziół.

Gdy już obejrzymy Basztę, warto przejść przez mostek nad Słupią na drugą stronę rzeki i pójść w stronę ulicy Mostnika. To zaledwie 80 metrów. Na ścianie jednej z kamienic namalowano imponujący, nowoczesny mural autorstwa Wojciecha Stefańca, przedstawiający Trinę Papisten. Około 300 m dalej znajduje się Zamek Książąt Pomorskich i Spichlerz Richtera (Muzeum Pomorza Środkowego). W Zamku można zapoznać się z historią regionu, a w sąsiadującym z nim Białym Spichlerzu oraz Spichlerzu Richtera (gdzie mieści się klimatyczna Herbaciarnia) często organizowane są wystawy czasowe lub spotkania poświęcone słupskim procesom czarownic.

Zamek Biskupów Warmińskich w Reszlu z ceglaną wieżą i przylegającym kościołem pod błękitnym, częściowo zachmurzonym niebem.
Zamek Biskupów Warmińskich w Reszlu, w którego murach przez kilka lat więziono Barbarę Zdunk.

Śląski obłęd

Podobny mechanizm działał na południu, w cieniu sudeckich szczytów. Nysa i Głuchołazy w siedemnastym stuleciupodlegające jurysdykcji doczesnej biskupstwa wrocławskiego, stały się areną systemowego obłędu opartego na cesarskiej kodyfikacji Constitutio Criminalis Carolina oraz surowych normach Zwierciadła Saskiego, które biurokratyzowały prawo. Aby proces był prawomocny, potrzebne było przyznanie się do winy, a do tego prowadziły sformalizowane stopnie tortur.

Gdy w latach 1622–1641 młyny sprawiedliwości rozpoczęły pracę, a oskarżeni w męczarniach wymieniali kolejne nazwiska, liczba ofiar przerosła możliwości stosów.

Tradycyjne egzekucje na stosach generowały gigantyczne koszty (ogromne ilości deficytowego drewna) oraz stwarzały ryzyko pożaru miasta. Aby rozwiązać te problemy, w listopadzie 1639 roku (z inicjatywy biskupa sufragana Jana Baltazara Liescha von Hornaua) wydano oficjalny nakaz budowy specjalnego pieca. Nazwano go Backofen, czyli piekarnik.

Nieistniejąca już dziś konstrukcja znajdowała się poza murami obronnymi, w pobliżu miejskiej szubienicy (przy drodze wylotowej na Prudnik, niedaleko dawnej Bramy Celnej). Piec, według zapisów, był solidną, kamienną lub ceglaną budowlą wysokości ok. 8 stóp. Przestrzeń wewnątrz była mała, a wejście zamykały żelazne drzwi. Czas palenia ciała wynosił ok. 3 godzin. Osoby, które przyznały się do winy i wykazały skruchę, przed spaleniem były ścinane mieczem, pozostałe duszono.

Z zachowanych dokumentów wynika, że piec miał swój udział w 27 egzekucjach. Inne źródła twierdzą, że ofiar było znacznie więcej. Było ich tak dużo, że nyskie więzienia nie mogły ich pomieścić. Przyczynili się do tego kaci, którzy osiągnęli wysoką biegłość w pozyskiwaniu dowolnych zeznań, cóż… za egzekucje trafiały do ich kieszeni sowite zapłaty.

Szacuje się, że w wyniku polowań na czarownice na pograniczu nysko-jesenickim życie straciło od kilkuset do nawet ponad tysiąca osób. Ofiarami były głównie kobiety (często zamożne wdowy, których majątki konfiskowano, lub zielarki), ale w okresie największego szaleństwa palono również dzieci. Trzeba było dopiero interwencji cesarskich rewizorów z Pragi i Wiednia na początku osiemnastego wieku, by ten piec ostatecznie wygaszono, a lokalnym jurystom odebrano prawo do szafowania płomieniem.

Oskarżonych przetrzymywano m.in. w zachowanej do dziś Wieży Wrocławskiej w Nysie, lecz aby poznać szczegóły, trzeba udać się do Muzeum Powiatowego w Nysie, które posiada specjalną multimedialną wystawę poświęconą procesom o czary. Można tam zobaczyć rekonstrukcję izby tortur oraz celi więziennej. Bez obaw, zwiedzający ekspozycję nie są poddawani drobiazgowym przesłuchaniom.

Przez miasto i okolice przebiega transgraniczny Szlak Czarownic na pograniczu polsko-czeskim, który łączy historyczne miejsca kaźni i martyrologii z XVII wieku.

Ceglana Baszta Czarownic w Słupsku z charakterystycznym stożkowym dachem, fragmentem dawnych murów i współczesnym placem przed budynkiem.
Baszta Czarownic w Słupsku – jedno z najważniejszych miejsc związanych z historią słupskich procesów o czary.

Kamienny wał i papierowe diabły

Przenieśmy się w Góry Świętokrzyskie. Gdy wjeżdżamy drogą na Łysą Górę (595 m n.p.m.), czuć cienisty chłód jodłowo-bukowej puszczy. Zanim w XI wieku benedyktyni wbili swoje krzyże, by desakrować pogańskie miejsce kultu, istniał tu potężny kamienny wał o obwodzie półtora kilometra, usypany rękami Słowian między VIII a X wiekiem. Długosz pisał o bóstwach Leli i Poleli, synach bogini Łady, których kult w tym miejscu pozostaje dyskusyjny, ale fakt pozostaje faktem – zanim na te ziemie dotarła obca religia, dewastując rodzime wierzenia – góra była święta.

Mit o sabatach na Łysej Górze zrodził się na styku pradawnych słowiańskich wierzeń i kościelnej demonologii. Przez stulecia wznoszący się ponad puszczą, kamienny i bezdrzewny szczyt Gór Świętokrzyskich był miejscem pogańskiego kultu – naturalną granicą między ziemią a niebiosami, gdzie nocne obrzędy z wykorzystaniem ognia miały obłaskawić siły natury. Gdy chrystianizacja za pomocą miecza i tego samego ognia strąciła dawnych bogów w mrok, pamięć o sekretnych zgromadzeniach nie zniknęła. To, co uświęcone tradycją przodków, w oczach nowego porządku stało się domeną diabła.

Gdy wójt w Pajęcznie, Iłży czy podkrakowskich Mogilanach brał podejrzaną w dyby, a kat przypalał jej boki pochodnią, zadawano pytania z gotowych formularzy prawniczych opartych na cesarskiej kodyfikacji Constitutio Criminalis Carolina z 1532 roku:

· Kiedy byłaś na Łysej Górze?

· Z kim tańczyłaś?

· Jak smakowało diabelskie mięso?

Kobieta z nogami skręconymi śrubami w hiszpańskich butach prawie natychmiast, ze swadą opowiadała o latających miotłach, kozłach, kotłach z trupim tłuszczem i obecności Lucyfera. Mimo wszystko Kościół obawiał się magii ulokowanej na Łysej Górze. Aby się przed nią zabezpieczyć, benedyktyni ufundowali w XI/XII wieku klasztor (obecnie misjonarzy oblatów). To właśnie obecność relikwii Krzyża Świętego i dzwony klasztorne miały ostatecznie odstraszyć czarownice.

W pobliżu można odwiedzić inne miejsca nawiązujące do latających na miotłach czarownic. W Hucie Szklanej zrekonstruowano wioskę rzemieślniczą z chatami tkacza, garncarza czy kowala. Szczególne miejsce zajmuje tu Chata Zielarki, w której organizowane są warsztaty i pogadanki o dawnych ziołach, medycynie ludowej oraz korzeniach wierzeń w „wiedzące kobiety”. Muzeum Przyrodnicze Świętokrzyskiego Parku Narodowego (na Łysej Górze) prócz fauny i flory oraz geologii, przybliża się historię osadnictwa oraz dawnych wierzeń. U stóp Łysicy (kolejna góra pełna magii) zbudowano Park Rozrywki i Miniatur Sabat Krajno (Krajno-Zagórze), który nawiązuje do regionalnej symboliki czarownicy na miotle.

Na Łysej Górze sabat prawdopodobnie nigdy się nie odbył (chociaż… diabli wiedzą…). Był to w całości literacko-prawny import z Zachodu, rodzimy odpowiednik góry Brocken w paśmie Harzu. Sędziowie i kaci, naczytawszy się demonologicznych traktatów, wkładali w usta torturowanych kobiet gotowe opowieści. Wymuszone zeznania o tańcach z biesem na łysogórskim szczycie były najpewniej powielaniem urzędowego schematu, papierową fikcją przeniesioną na pergamin w zaciszu kancelarii. Na wszelki wypadek należy jednak zerkać w lokalne niebo – nie wiadomo, co tam lata nocami.

Kamienna dzwonnica klasztoru na Świętym Krzyżu na Łysej Górze, krzyż i brama klasztorna na tle Gór Świętokrzyskich.
Święty Krzyż na Łysej Górze od wieków był związany z legendami o sabatach czarownic i dawnymi wierzeniami.

Płomień na reszelskim wzgórzu

Zbudowany z czerwonej cegły zamek biskupów warmińskich w Reszlu i wąskie uliczki miasteczka kuszą turystów legendą o Barbarze Zdunk, ostatniej czarownicy Europy, spalonej na wzgórzu Szubienica w 1811 roku.

Barbara zakochała się nieszczęśliwie w młodszym od siebie mężczyźnie. Niestety została odrzucona. Z zemsty podłożyła ogień w domu, w którym nocował wybranek. Pożar zniszczył sześć budynków, a dwoje ludzi zginęło w ogniu. Plotka o czarach szybko pojawiła się wśród reszelskiej gawiedzi i przerażonych mieszczan, którzy nie potrafili pojąć rozmiaru tragedii bez udziału sił nieczystych. Pruskie sądownictwo epoki napoleońskiej nie miało już paragrafów na magię i czary, znało natomiast bezwzględną karę za zniszczenie cudzej własności. Sąd miejski skazał ją na śmierć przez spalenie na stosie.

Przez cały okres trwania procesu oskarżona przebywała w areszcie. W tym czasie dozorcy więzienia wykorzystywali ją do świadczenia nierządu. Barbara w więzieniu urodziła dwoje dzieci.

21 sierpnia Zdunk została spalona na ostatnim w Europie stosie. Według niektórych przekazów, najpierw została uduszona przez kata – jeszcze przed podłożeniem ognia. Uduszono ją dyskretnie, by nie psuć widowiska zgromadzonym gapiom.

Najważniejsze miejsce związane z Barbarą Zdunk to Zamek Biskupów Warmińskich w Reszlu. Kobieta była przetrzymywana w jego lochach przez blisko 4 lata. Na zamku funkcjonuje całoroczna wystawa poświęcona narzędziom tortur oraz historii jej procesu. Można tam zobaczyć celę, w której ją więziono.

Tuż przy wyjeździe z miasta (w kierunku Korsz) znajduje się Wzgórze Szubieniczne w Reszlu. Według źródeł historycznych to właśnie na tym wzniesieniu rozpalono stos, na którym zginęła Barbara. Miejsce to nie ma formy klasycznego muzeum, ale funkcjonuje w przestrzeni miejskiej jako punkt pamięci historycznej.

Reszel stanowi jeden z kluczowych punktów na regionalnym Szlaku Świętej Warmii. Oficjalne przewodniki szlaku szeroko opisują mroczną historię zamkowych lochów i samej Barbary, traktując to jako istotny element dziedzictwa kulturowego regionu.

Najbardziej spektakularną „pamiątką żywą” jest coroczne widowisko historyczno-teatralne organizowane przez Miejski Ośrodek Kultury w Reszlu. W rocznicę śmierci Barbary Zdunk na ulicach miasta i na zamku odbywa się przyciągająca rzesze turystów rekonstrukcja wydarzeń z 1811 roku.

Biała Wieża Wrocławska w centrum Nysy, otoczona ławkami, zielenią i miejską zabudową.
W Wieży Wrocławskiej w Nysie w czasach procesów o czary przetrzymywano oskarżonych.

Jurysdykcja pełna strachów i zawiści

Wędrówka szlakiem dawnych procesów czarownic prowadzi nie przez lochy fanatycznych inkwizytorów, lecz przez gabinety prowincjonalnych burmistrzów, sienie wiejskich chat i sale ratuszowe, gdzie małomiasteczkowa ambicja mieszała się ze strachem przed zarazą, nieurodzajem i odmiennością. Od baszty nad Słupią, przez nyskie piece, aż po świętokrzyskie gołoborza, historia ta okazuje się całkowicie ludzka. I być może właśnie dlatego porusza i niepokoi o wiele bardziej, niż gdyby maczał w niej szpony diabeł.

Prawda o procesach o czary na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej śmierdzi piwniczną pleśnią miejskich ratuszy, tanią gorzałą sędziów ławniczych i kwasem z zepsutego mleka, o które pokłóciły się dwie baby pod Grójcem czy Słupskiem. Ogień buzował tam, gdzie chłopi żądali kozła ofiarnego za swoje zgniłe kartofle i zdechłe cielęta. Kiedy zawodziły plony, kiedy bydło puchło od pasożytów, a medycyna bezradnie rozkładała ręce nad tyfusem, człowiek musiał wskazać winnego. Wskazywał sąsiadkę zza miedzy.

Prawdziwe stosy nie płonęły od ognia piekielnego – płonęły od paniki ciemnego ludu, ubranego w togi szanowanych miejskich sędziów stosujących bezwzględne procedury prawa magdeburskiego.

Fot. Shutterstock