- W podróży
Nałęczów poza utartym szlakiem. Stare wille, ogrody i adresy z charakterem
Nałęczów to nie tylko uzdrowisko, pijalnia wód i spokojne spacery. Za tą dobrze znaną twarzą miasta kryją się stare wille, otwarte ogrody, domy pisarzy, modernistyczna architektura i adresy, do których warto zajrzeć bez pośpiechu. Na weekend wystarczy, by zobaczyć najważniejsze miejsca i nabrać ochoty na powrót.
To miasto nie składa się z wielkich atrakcji ustawionych jedna obok drugiej. Jego historia kryje się w detalach: snycerskich wspornikach, kolorowym szkle, kamiennych podmurówkach, starych drzewach i ogrodach, które wydają się przechodzić na drugą stronę ogrodzenia.
– Nałęczów nie lubi pośpiechu i nie nagradza tych, którzy próbują zobaczyć wszystko w dwie godziny. Najwięcej daje tym, którzy pozwolą sobie zauważyć mosiężną klamkę, światło odbite w starym szkle albo cień lipy przesuwający się po drewnianej balustradzie – mówi Artur Trukawiński, hotelarz, gospodarz Arche Nałęczów i ambasador miasta.
Zobacz nasze materiały wideo
Park Zdrojowy, werandy i życie dawnego kurortu
Jedną z najbardziej charakterystycznych werand ma Sanatorium Książę Józef, stojące w samym sercu Parku Zdrojowego. Dziś takie konstrukcje traktujemy głównie jako ozdobę elewacji. Dawniej były pełnoprawną częścią domu, letnią jadalnią, czytelnią, salonem i miejscem spotkań.
Na werandach pito herbatę, czytano gazety, przyjmowano gości i sprawdzano, kto właśnie pojawił się na parkowej alejce. Po parku spacerowali kuracjusze, pod budynki podjeżdżały dorożki, a w pobliżu grała orkiestra.
– Niektóre miasta najlepiej ogląda się z wieży widokowej. Nałęczów najlepiej poznaje się z werandy. Nigdy nie była tutaj tylko ozdobą fasady. Stanowiła przedłużenie salonu, letnią jadalnię, czytelnię i miejsce spotkań – opowiada Artur Trukawiński.
Jak zauważa, weranda Sanatorium Książę Józef była także doskonałym punktem obserwacyjnym.
– Z tej werandy obserwowało się świat niemal tak, jak dziś oglądamy go na Instagramie. Tyle że bez filtrów. Weranda była pierwszym portalem społecznościowym Nałęczowa – dodaje.
Park warto obejść uważniej, a nie tylko przejść najkrótszą drogą od wejścia do pijalni. Pomiędzy drzewami stoją rzeźby powstałe podczas organizowanych w latach 70. plenerów artystycznych. Są wśród nich „Panny Nałęczowskie” Adama Smolany, „Pierwsza miłość” Kazimierza Stasza, „Trzej akrobaci” Sławoja Ostrowskiego, „Miłość” Edwarda Matuszka i „Praptak” Michała Pudełki.
Nie ustawiono ich w równym szeregu ani nie odgrodzono od spacerowiczów. Jedne stoją przy alejkach, inne chowają się za krzewami lub odbijają w wodzie. Po latach stały się częścią krajobrazu, podobnie jak ławki, staw i stare drzewa.
– Lubię sztukę, która nie wymaga kupowania biletu. Rzeźbę odkrywa się tutaj pomiędzy drzewami, czasem odbitą w wodzie, czasem ukrytą za krzewami – mówi Trukawiński.
W parku stoi również Pałac Małachowskich, przypominający o początkach uzdrowiska. Od rodu Małachowskich i ich herbu Nałęcz pochodzi nazwa miasta. Rezydencję zaprojektował Ferdynand Nax, a w jej wnętrzach organizowano bale, koncerty, bankiety i spotkania literackie.
Wyjazd „do wód” nie oznaczał wyłącznie leczenia. Był wydarzeniem towarzyskim i okazją do zaprezentowania się w najlepszym stroju. Pałac ma też własną Czarną Damę, która według miejscowej opowieści po kolejnych przebudowach przestała trafiać do swoich komnat.
– Przyznajmy, każdy dobry pałac powinien mieć własnego ducha, najlepiej takiego z problemami orientacyjnymi – żartuje nasz ekspert.
Aleja Lipowa, stare wille i ogrody otwarte na miasto
Aleję Lipową najlepiej przejść pieszo. Z samochodu łatwo przegapić ażurowe balustrady, drewniane okiennice, zdobione szczyty, przeszklone ganki i niewielkie witraże. Właśnie przy tej ulicy najlepiej widać, jak różnorodna jest architektura Nałęczowa.
Obok drewnianych willi inspirowanych stylem szwajcarskim stoją domy klasycyzujące, eklektyczne i nawiązujące do stylu zakopiańskiego. Niektóre przypominają alpejskie pensjonaty, inne spokojne miejskie rezydencje. Nie imponują rozmiarem. Ich siłą są proporcje, detal i sposób, w jaki wnętrze łączy się z ogrodem.
– Aleja Lipowa nie jest ulicą, którą warto przemierzać samochodem. Trzeba iść pieszo, patrząc nie tylko przed siebie, lecz także w górę: na rzeźbione wsporniki, szerokie okapy, przeszklone ganki i okiennice, których kształt zdradza rękę dawnego rzemieślnika – radzi Trukawiński.
Tutejszych domów nie projektowano w oderwaniu od otoczenia. Taras, ganek, drzewa, ścieżka i rabaty były częścią tej samej kompozycji. Dlatego nawet prywatne ogrody stają się fragmentem krajobrazu ulicy.
– W większości miast dom kończy się na ogrodzeniu. W Nałęczowie właśnie tam zaczyna się opowieść – mówi ekspert. – Architektura miała nie dominować nad krajobrazem, lecz w niego wnikać. Dom był tylko jednym z elementów większej kompozycji.
Do tej tradycji nawiązuje Nałęczowski Festiwal Otwartych Ogrodów. Przez kilka dni otwierają się bramy prywatnych posesji, historycznych willi i dawnych pensjonatów. Wśród drzew i rabat odbywają się koncerty, wystawy i spotkania. Ogród znów staje się salonem, tyle że bez ścian i sufitu.
Jednym z najciekawszych budynków przy Alei Lipowej jest Willa Tolin. Symetryczna, spokojna i otoczona zielenią różni się od lekkich drewnianych pensjonatów wznoszonych w tym samym czasie. Z domem wiążą się historie Bolesława Prusa oraz Faustyny Morzyckiej, nauczycielki uznawanej za pierwowzór bohaterki „Siłaczki” Stefana Żeromskiego.
Willa została sfotografowana przez Patryka Wikalińskiego i trafiła na mapę projektu Accidentally Wes Anderson. Uporządkowana fasada i regularny układ okien rzeczywiście przypominają filmowy kadr.
W opowieści o drewnianych domach pojawia się również Michał Elwiro Andriolli, malarz i ilustrator „Pana Tadeusza”. Nad Świdrem budował letnie wille łączące mazowieckie budownictwo, rosyjskie dacze i alpejskie pensjonaty. Były pełne balkonów, ozdobnych szczytów i koronkowej snycerki.
Nie każda drewniana willa w Nałęczowie jest jednak świdermajerem. Wiele reprezentuje styl szwajcarski albo swobodną mieszankę kilku inspiracji. Łączy je podobne podejście: dom miał być otwarty na ogród, a weranda nie była luksusowym dodatkiem, lecz jednym z najważniejszych miejsc codziennego życia.
Żeromski, Prus i architekt, który urządził miasto
Na przełomie XIX i XX wieku Nałęczów był letnim salonem polskiej inteligencji. Przyjeżdżano tu leczyć serce, ale także odpoczywać od Warszawy, pisać, spotykać znajomych i obserwować kuracjuszy. Ten ostatni punkt szczególnie dobrze wykorzystywali pisarze.
Bolesław Prus wracał do miasta przez kolejne dekady. Mieszkał między innymi w Pałacu Małachowskich, spacerował po parku i pracował. Nałęczów stał się później inspiracją dla literackich Cisów.
Dziś Muzeum Bolesława Prusa mieści się w dawnej Ochronce zaprojektowanej przez Jana Koszczyca-Witkiewicza. Można w nim zobaczyć rękopisy, pamiątki i odtworzone miejsce pracy pisarza. Równie ciekawy jest sam budynek, w którym kamień, drewno i cegła tworzą charakterystyczny dla architekta rytm.
Stefan Żeromski przyjechał do Nałęczowa jako guwerner. Tutaj poznał Oktawię Rodkiewiczową, późniejszą żonę, i związał się z miastem na lata. Jego Chata nie przypomina monumentalnego muzeum. To niewielka drewniana pracownia stojąca wśród zieleni.
Koszczyc-Witkiewicz zaprojektował ją tak, aby nie konkurowała z ogrodem. Szeroki dach, małe okna i proste wnętrze tworzą miejsce skupienia.
– Chata Stefana Żeromskiego jest jednym z najpiękniejszych przykładów kameralnej pracowni pisarskiej. Drewniana bryła nie konkuruje z ogrodem, a jej proporcje, szeroki dach i oszczędne wnętrze tworzą miejsce skupienia – podkreśla Artur Trukawiński.
Gdyby z krajobrazu Nałęczowa usunąć realizacje Koszczyca-Witkiewicza, nadal pozostałoby zielone uzdrowisko, ale straciłoby sporą część swojej tożsamości. Architekt projektował nie tylko prywatne domy, lecz także szkoły i budynki służące mieszkańcom. Chata Żeromskiego, Ochronka, dawne szkoły rzemiosł artystycznych i Dom Ludowy miały tworzyć spójne otoczenie do życia, pracy i nauki.
– Niektórzy projektują budynki. Jan Koszczyc-Witkiewicz projektował sposób życia – mówi ekspert. – Kamień, cegła i drewno nie były u niego tylko materiałami konstrukcyjnymi. Budowały rytm elewacji i wnętrz, nadając im lokalny, rozpoznawalny charakter.
Kilka kroków od Parku Zdrojowego stoi także drewniany kościół św. Karola Boromeusza, ufundowany przez Ludwikę Benni dla upamiętnienia jej męża, doktora Karola Benniego. Smukła bryła, gontowy dach i szerokie okapy nawiązują do stylu zakopiańskiego. Wśród starych drzew świątynia wygląda, jakby stała w tym miejscu od zawsze.
Nałęczów odwiedzali również Henryk Sienkiewicz, Stanisław Witkiewicz, Ewa Szelburg-Zarembina i Zofia Nałkowska. Nazwisk jest wiele, ale najlepiej łączyć je z konkretnymi domami i ulicami. Wtedy przestają być listą z podręcznika, a miasto zaczyna przypominać mapę prywatnych historii.
– W pensjonatach i willach kultura nie była odświętnym wydarzeniem. Była częścią codzienności – zauważa Trukawiński.
Szkoły artystyczne i mniej znana historia Nałęczowa
Historia miasta nie składa się wyłącznie z biografii znanych pisarzy i architektów. Ważną rolę odegrały również kobiety związane ze Szkołą Żeńską Gospodarstwa Wiejskiego, nazywaną Szkołą Ziemianek.
Młode kobiety uczyły się tam prowadzenia gospodarstwa, ogrodnictwa, higieny i opieki nad dziećmi, ale również literatury, historii i sztuki. Przygotowywały wydarzenia kulturalne, zdobywały umiejętności organizacyjne i angażowały się społecznie. Nie chodziło jedynie o sprawne zarządzanie domem. Szkoła miała budować samodzielność i odpowiedzialność za lokalną wspólnotę.
– Nowoczesność miasta rodziła się nie tylko w gabinetach lekarzy i pracowniach architektów, ale także w codziennej pracy kobiet, które uczyły się lepiej prowadzić domy, gospodarstwa i społeczne inicjatywy – mówi Artur Trukawiński.
Z rozwojem nałęczowskiego szkolnictwa artystycznego wiąże się również Jan Gotlib Bloch, przemysłowiec, finansista i filantrop nazywany „królem kolei”. Z pozostawionych przez niego funduszy oraz dzięki wsparciu jego spadkobierców rozwijały się szkoły koszykarskie i zabawkarskie, z których wyrosła późniejsza tradycja edukacji artystycznej.
Bloch był także pierwszym polskim kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla. W swoich analizach przewidywał, że nowoczesne wojny doprowadzą do masowego wyniszczenia ludzi i gospodarek.
– To historia szczególnie aktualna. Pokazuje człowieka, który rozumiał, że prawdziwa inwestycja nie kończy się na torach, fabrykach i budynkach. Jej najtrwalszym rezultatem bywa wiedza przekazana kolejnym pokoleniom – podkreśla ekspert.
Dziś tradycję edukacji artystycznej kontynuuje Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Chełmońskiego. Historia szkoły ma dwa ważne adresy. Pierwszym jest gmach dawnych Szkół Rzemiosł Artystycznych zaprojektowany przez Koszczyca-Witkiewicza. Drugim – obecna siedziba przy Alei Lipowej, oddana do użytku w 1966 roku.
Budynek zaprojektował Marek Leykam, twórca poznańskiego Okrąglaka i jeden z najważniejszych polskich architektów późnego modernizmu. Duże przeszklenia, wyraźny rytm konstrukcji i funkcjonalnie urządzone pracownie pokazują inną twarz miasta niż drewniane pensjonaty.
W szkole działa Mała Galeria, która od 1976 roku prezentuje wystawy uczniów, absolwentów i zaproszonych twórców. Przed wizytą warto sprawdzić dostępność ekspozycji.
Modernizm z drugą szansą
Nałęczów nie kończy się na drewnianych willach i architekturze przełomu XIX i XX wieku. Ma również powojenne oblicze, przez lata traktowane z dużo mniejszą czułością. Najlepszym przykładem jest dawne Sanatorium Milicyjne, dziś Arche Nałęczów. Charakterystyczna bryła, rytmicznie ułożone balkony i szerokie korytarze zostały zachowane, zamiast zniknąć pod fasadą udającą XIX-wieczny pensjonat.
We wnętrzach pojawiają się przedmioty i grafiki nawiązujące do czasów PRL-u. Nie jest to jednak muzealna rekonstrukcja. Raczej świadome przypomnienie historii budynku, który nie próbuje być pałacem ani dawną willą.
– Nie każda interesująca architektura musi być stara. Czasem najbardziej fascynuje budynek, który długo czekał na swoją szansę – mówi Trukawiński. – Zamiast go wyburzyć i udawać, że nigdy nie istniał, zachowano jego charakterystyczną bryłę, rytm balkonów i szerokie korytarze.
Obiekt znalazł się na mapie Accidentally Wes Anderson. Willa Tolin i dawne sanatorium reprezentują dwie różne epoki, ale oba budynki pokazują, że architektoniczna historia Nałęczowa nie zatrzymała się sto lat temu.
– Jeden kadr opowiada o elegancji dawnego kurortu, drugi o powojennym modernizmie. Razem pokazują, że tożsamość miasta nie kończy się na jednej epoce – dodaje ekspert.
Po całym dniu można wrócić do basenów, saun i strefy wellness albo usiąść na tarasie pod starym dębem. Znów wraca więc motyw miejsca pomiędzy domem a ogrodem.
– Nie każda weranda musi mieć sto lat, aby stać się ulubionym miejscem – mówi Trukawiński.
Gdzie usiąść, co zjeść i jak zaplanować weekend
Nałęczów można obejść w jeden dzień, ale lepiej zostać na noc. Wieczorem park pustoszeje, przy głównych ulicach robi się ciszej, a stare wille wyglądają inaczej niż w południowym słońcu.
– Lubię zabierać gości do miejsc, które mają nie tylko dobre menu, ale też osobowość – mówi Artur Trukawiński.
Na domowy obiad i ciasto poleca zajrzeć do Eweliny, a na kawę przy fontannie i spokojną prasówkę – do Willi Różanej. Willa Nagórze jest z kolei miejscem, w którym zwykłe spotkanie może zakończyć się wspólnym śpiewaniem albo grą na pianinie.
W restauracji Patataj ekspert poleca pierogi z cielęciną, polędwicę oraz mus chałwowy. Po cebularz można pójść do najstarszej piekarni Zubrzyccy. Osobnym punktem programu są lody. Mieszkańcy nie są zgodni, gdzie smakują najlepiej, dlatego najrozsądniej przeprowadzić własny test.
– Rozstrzyganie lokalnych sporów kulinarnych jest jedną z przyjemniejszych części weekendu – zauważa Trukawiński.
Warto również wejść do Pijalni Wód. Nawet bez planów leczniczych można potraktować wizytę jako część uzdrowiskowego rytuału.
Fot. Patryk Wikaliński
