- W podróży
Rejs po Wyspach Kanaryjskich. Atlantyk, wulkany i wyspy na końcu Europy
Wyspy Kanaryjskie od strony oceanu nie przypominają pocztówki z wakacji. Na jachcie widać je inaczej: Teneryfa wyrasta z Atlantyku pod cieniem Teide, La Gomera znika w wilgotnym lesie, a El Hierro wygląda jak ostatni przystanek przed wielką wodą.
Wyspy Kanaryjskie nie są tylko kierunkiem na plaże, hotele i samochodowe wycieczki między punktami widokowymi. Dla żeglarzy to jeden z tych akwenów, gdzie Europa powoli kończy się na mapie, a zaczyna ocean. W marinach stoją jachty z Francji, Niemiec, Skandynawii i Polski. Załogi mówią różnymi językami, ale rano wszyscy sprawdzają to samo: wiatr.
Rejs zaczyna się na Teneryfie, w Puerto Radazul. Marina nie udaje kurortu. Jest beton nabrzeża, zapach paliwa, mokre cumy i zakupy znoszone pod pokład. Ktoś sprawdza kabinę, ktoś układa kamizelki, ktoś wychodzi po wodę. W tle słychać ocean uderzający o falochron.
Wieczorem port cichnie. Na masztach zostaje metaliczny stuk lin. W kabinach zapalają się małe światła. Zanim jacht wypłynie, załoga zaczyna już wchodzić w rytm podporządkowany pogodzie, wachtom i temu, co widać na niebie.
Atlantyk, który nie udaje spokojnego morza
Morze wokół Wysp Kanaryjskich szybko odbiera złudzenia tym, którzy myślą o nim jak o kolejnym wakacyjnym akwenie. To nie jest zatoka osłonięta przez ląd, nie jest Adriatyk i nie jest Bałtyk znany z portów oraz krótkich halsów przy brzegu. Tutaj wyspy stoją pośrodku oceanu, a wiatr ma przestrzeń, żeby nabrać siły.
Pasaty zwykle wieją regularnie, ale między wyspami tworzą się strefy przyspieszenia. Na mapie wyglądają niewinnie. W praktyce oznaczają moment, w którym załoga przestaje rozmawiać o kolacji, a zaczyna pilnować kursu, żagli i fali. Jacht przechyla się głębiej, woda idzie przez pokład, słońce świeci nadal, ale sytuacja robi się konkretna.
Między wyspami Atlantyk przypomina, że to już nie spokojne żeglowanie po zamkniętym morzu. Na takich przelotach dobrze widać, dlaczego Kanary przyciągają opływanych żeglarzy, ale też ludzi, którzy chcą po raz pierwszy poczuć ocean. Nie ma tu sztucznego dramatyzmu. Jest wiatr, ruch kadłuba i świadomość, że plan trasy zawsze może się zmienić. Nocą wszystko się upraszcza. Kokpit oświetla czerwone światło elektroniki. Na horyzoncie pojawia się słaba poświata kolejnej wyspy. Kiedy fala uderza o burtę, przez chwilę słychać tylko wodę i szum wiatru.
Teneryfa pod cieniem Teide
Teneryfa z oceanu nie wygląda jak wyspa kurortów. Najpierw widać masyw, potem chmury zatrzymane na zboczach i dopiero później porty, drogi oraz zabudowania. Nad wszystkim stoi Teide. Nawet jeśli znika za chmurami, jego obecność porządkuje całą wyspę.
Wyprawa w stronę wulkanu zaczyna się od zwykłej drogi, ale szybko zmienia się w przejazd przez kolejne strefy klimatu i krajobrazu. Niżej jest ciepło, sucho, z palmami i murkami z ciemnego kamienia. Potem serpentyny prowadzą wyżej. Pojawiają się lasy, mgła i chłodniejsze powietrze. Za kolejnym zakrętem sceneria znowu się zmienia.
Po drodze jest Masca, niewielka wioska schowana wśród pionowych ścian gór. Droga jest wąska, zakręty ostre, a za kamiennymi murami dolina opada tak gwałtownie, że ocean w dole wygląda jak fragment innego świata. Masca nie jest miejscem do szybkiego zaliczenia. To raczej przystanek, przy którym warto zwolnić.
Powyżej lasu zaczyna się kraina Teide. Zieleń ustępuje miejsca skale. Ziemia robi się sucha, jasna i porowata. Wulkaniczne rumowiska leżą przy drodze jak zastygłe fale. Czasem zza chmur wychodzi słońce i przez kilka minut cały krajobraz nabiera ostrego, niemal metalicznego światła.
Okolice Teide bardziej przypominają wysokogórską pustynię niż subtropikalną wyspę. Ten krajobraz często opisuje się jako księżycowy i trudno znaleźć lepsze słowo, choć ono też nie oddaje wszystkiego. Skały mają ostre krawędzie, wiatr przesuwa pył po ziemi, a niskie krzewy wyglądają, jakby rosły tu bardziej z uporu niż z wygody.
Największe zaskoczenie przychodzi wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się śnieg. Na dole ocean ma ponad 20 stopni, a wysoko nad zielonymi dolinami stoi biały stożek wulkanu. Teneryfa w jednej ramie potrafi zmieścić subtropikalną roślinność, tarasy uprawne i szczyt przykryty śniegiem.
Na Teneryfie są też miejsca cichsze, mniej panoramiczne, ale zostające w pamięci na długo. Jednym z nich jest spotkanie ze smoczymi drzewami. Draceny nie wyglądają jak zwykłe rośliny. Ich pnie są ciężkie, ciemne, spękane, a korony rozchodzą się szeroko jak odwrócone korzenie.
Dawniej czerwona żywica wypływająca z pnia była nazywana smoczą krwią. Przypisywano jej znaczenie lecznicze i symboliczne. Nawet bez tej legendy drzewo ma w sobie coś archaicznego. Stoi nieruchomo, a jednocześnie wygląda, jakby cały czas pracowało pod skórą.
Drago de San Antonio jest jednym z tych okazów, przy których lokalna historia wychodzi poza botanikę. Według informacji podawanych przy drzewie ma kilkaset lat. W przeszłości próbowano je zniszczyć, później zabezpieczano pień i konary, aż w końcu objęto je ścisłą ochroną. Dziś nie sprawia wrażenia urzędowego zabytku przyrody. Bardziej kogoś starego, kto przeżył więcej niż otaczające go ulice.
Zobacz nasze materiały wideo
La Gomera. Wyspa białego byłu i zielonego środka
La Gomera pojawia się z oceanu jako ciemny zarys gór. Nie odsłania się od razu. Najpierw jest tylko sylwetka, potem głębokie doliny i wreszcie San Sebastián, portowe miasteczko z ulicami, które wieczorem szybko przechodzą w półcień.
To miejsce ma w historii Atlantyku szczególną rolę. W 1492 roku Krzysztof Kolumb zatrzymał się na La Gomerze przed dalszą drogą na zachód. Wyspa była ostatnim portem zaopatrzeniowym przed wypłynięciem w ocean, którego Europejczycy nie potrafili jeszcze opisać. Uzupełniano tu wodę, żywność, naprawiano to, co wymagało naprawy. Potem zostawało już tylko morze.
Dziś San Sebastián nie przypomina miejsca wielkiej historycznej sceny. I właśnie dlatego działa mocniej. Przy stolikach pod drzewami siedzą ludzie, dzieci przechodzą przez plac, w barach świecą telewizory, a z kuchni dochodzi zapach smażonych ryb. Historia nie stoi tu na cokole. Jest w tle, za codziennością.
Wieczorem portowe miasto robi się bardziej kameralne. Ulice nie pustoszeją od razu, raczej powoli zwalniają. Światło z barów wychodzi na chodniki, rozmowy mieszają się z odgłosami kuchni, a z nabrzeża wciąż słychać pracujący ocean. Po przelocie z Teneryfy La Gomera wydaje się mniejsza, spokojniejsza, bardziej skupiona. Nie próbuje konkurować skalą. Ma własny rytm i własną historię, którą najlepiej czyta się właśnie wieczorem, bez pośpiechu.
Na La Gomerze można trafić na karnawał inny niż wielkie parady na Teneryfie. Bez tłumu ustawionego pod sceną od rana, bez ogromnych konstrukcji i widowiska przygotowanego głównie pod zdjęcia. Jest za to zwyczaj, którego trudno pomylić z czymkolwiek innym, Día de los Polvos de Talco y Añil.
Tego dnia ludzie wychodzą na ulice ubrani na biało, a potem wszystko powoli pokrywa się talkiem. Najpierw twarze, potem włosy, koszule, krzesła przed barami i chodniki. Ktoś przynosi worek proszku, ktoś inny próbuje się uchylić, ale zwykle po kilku minutach wszyscy wyglądają podobnie. W powietrzu unosi się lekka, mleczna chmura. Ten zwyczaj jest radosny, ale nie hałaśliwy w turystyczny sposób. Bardziej przypomina lokalną zabawę, do której przybysz może zostać zaproszony, jeśli nie próbuje jej zawłaszczyć aparatem. Orkiestra gra, ludzie tańczą, białe sylwetki przesuwają się przez ulice San Sebastián, a całe miasto na kilka godzin zmienia wygląd.
Kilkanaście kilometrów od portu zaczyna się zupełnie inna wyspa. Droga wspina się wysoko, zakręca między dolinami, znika w chmurach i nagle światło robi się miękkie. Powietrze staje się wilgotne. Zamiast suchego wybrzeża pojawia się las. Park Narodowy Garajonay jest jednym z najcichszych doświadczeń tego rejsu. Po dniach na oceanie ciało wciąż pamięta przechył jachtu, a tu nagle idzie się po miękkiej ziemi, między drzewami oblepionymi wilgocią. Las wawrzynowy tworzy zielone tunele. Słońce wpada tylko miejscami. Gdzieś głębiej kapie woda, choć nie zawsze widać jej źródło.
Trekking nie musi być długi, żeby został w pamięci. Wystarczy kilkadziesiąt minut wśród drzew, żeby La Gomera przestała być tylko wyspą Kolumba i portem w San Sebastián. Staje się osobnym, wilgotnym światem, którego z oceanu w ogóle nie widać. Z pokładu wydaje się ciemna, zwarta, górska. Dopiero w środku pokazuje, ile ma warstw.
W dolinach pojawiają się tarasy uprawne, niewielkie zbiorniki wody i plantacje bananów. Z daleka wyglądają jak część krajobrazu, z bliska pokazują codzienność wyspy. Liście szeleszczą ciężko na wietrze, suche resztki poprzednich zbiorów leżą pod stopami, a zielone kiście dojrzewają w cieniu. To nie jest dekoracja dla turystów, tylko zwykły fragment tutejszego życia.
Wieczorem wraca się do portu inaczej niż się z niego wyjechało. Ocean za falochronem nadal pracuje, ale w głowie zostaje zapach mokrego lasu. Przy stole pojawiają się sardynki z cytryną, papryczki padrón, owoce morza i zimne wino. Po takim dniu nie trzeba wiele dopowiadać.
El Hierro. Wyspa, za którą zaczynała się pustka
El Hierro ma w sobie coś z miejsca, do którego nie trafia się przypadkiem. Jest najbardziej na zachód wysuniętą z głównych Wysp Kanaryjskich i przez stulecia funkcjonowała w europejskiej wyobraźni jako kraniec znanego świata. Dawni kartografowie związali z nią południk Ferro, używany jako punkt odniesienia na mapach długo przed tym, zanim świat przyjął Greenwich.
To nie jest tylko ciekawostka geograficzna. Kiedy stoi się nad oceanem na El Hierro, łatwiej zrozumieć, dlaczego właśnie tutaj wyobrażano sobie granicę. Dalej nie widać już żadnej ziemi. Jest tylko woda, wiatr i linia horyzontu, która nie daje żadnej obietnicy.
Wyspa jest bardziej surowa niż Teneryfa i mniej zielona niż La Gomera. Nie próbuje nikogo przekonywać. Czarne skały schodzą prosto do oceanu, fale rozbijają się o lawowe półki, a pojedyncze budynki przy brzegu wyglądają jak dodane później, ostrożnie, bez pewności, czy naprawdę tu pasują.
Najmocniej zostają w pamięci naturalne baseny lawowe. Ocean wyrzeźbił je w ciemnej skale, zostawiając miejsca osłonięte od największej fali, ale stale połączone z ruchem Atlantyku. Woda w środku wydaje się spokojna, a kilka metrów dalej ta sama woda uderza z hukiem o skały. To jeden z tych krajobrazów, w których od razu widać, że człowiek jest tu tylko gościem.
W górach El Hierro pojawia się kolejna twarz wyspy. Z punktów widokowych widać chmury zatrzymane poniżej grzbietów, jakby ocean podniósł się i zawisł nad lądem. Drogi prowadzą przez lasy, ciemny pył i pustą przestrzeń, w której nawet zwykły drogowskaz wygląda jak część wulkanicznego krajobrazu.
El Hierro nie daje łatwej odpowiedzi na pytanie, co właściwie się tam robi. Nie jest wyspą od pośpiechu. Raczej od patrzenia. Na skałę, na wodę, na granicę między nimi. I może właśnie dlatego tak dobrze pasuje do rejsu. Po kilku dniach żeglowania człowiek przestaje szukać atrakcji. Zaczyna zauważać rytm.
Powrót w stronę Teneryfy
Powrót na Teneryfę ma już inny charakter niż pierwszy przelot. Załoga zna jacht, wie, gdzie co leży, mniej pyta, więcej robi odruchowo. Ktoś przygotowuje kawę, ktoś trzyma ster, ktoś śpi w kabinie mimo hałasu fal. Ocean nadal jest taki sam, ale ludzie na pokładzie są już trochę inni.
Kiedy rejs się kończy, najdziwniejszy nie jest powrót do mariny. Najdziwniejsze jest zejście z pokładu po kilku dniach, w których wyspy układały się w osobną mapę: Teneryfa z Teide i drogą przez Mascę, La Gomera z lasem i białym pyłem karnawału, El Hierro z oceanem za dawną granicą świata.
Na skórze zostaje słońce, w torbie sól, a w głowie obraz Atlantyku. Po takim rejsie Wyspy Kanaryjskie przestają być tylko archipelagiem znanym z plaż i punktów widokowych. Od strony wody widać je inaczej: jako wyspy wyrastające z oceanu, osobne, zmienne i dużo bardziej surowe, niż mogłoby się wydawać z folderów.
Fot. T. Karolak
