- W podróży
Islandia latem. Białe noce, maskonury i droga przez krajobraz nie z tej planety
Islandia najczęściej kojarzy się z zorzą polarną, mrozem i surowym krajobrazem, ale latem pokazuje zupełnie inne oblicze. Białe noce, fioletowe pola łubinu, maskonury na klifach, rejsy na wieloryby i trasy, które można zwiedzać niemal bez patrzenia na zegarek, sprawiają, że czerwiec i lipiec są jednym z najlepszych momentów na podróż na wyspę.
Tak jak wielu innych podróżników, trochę marzycieli, miałam na swojej liście do „odhaczenia” zobaczenie zorzy polarnej na Islandii. W mojej wyobraźni była to raczej opustoszała, skuta lodem wyspa w skandynawskim stylu, gdzie nigdy nie ma dobrej pogody, a erupcja wulkanu Eyjafjallajökull kilka lat temu sparaliżowała ruch lotniczy w Europie. Jak mało wiedziałam o Islandii, uświadomiła mi przyjaciółka przy okazji rozmowy o naszym kolejnym wyjeździe. Wtedy dowiedziałam się, że Islandia latem potrafi być zupełnie inną opowieścią.
Zobacz nasze materiały wideo
Białe noce na Islandii, kiedy zmierzch trwa tylko chwilę
Islandzkie lato to czas, kiedy noc właściwie nie istnieje. Białe noce zaczynają się już pod koniec maja i utrzymują do początku sierpnia. Zmierzch trwa wówczas zaledwie kilkadziesiąt minut, po czym płynnie zmienia się w świt. Prawdziwa noc nie zapada nigdy. Nie jest to szczególnie uciążliwe, organizm bardzo szybko przyzwyczaja się do takich warunków, choć osoby mające trudności z zasypianiem powinny zabrać ze sobą opaskę na oczy.
Białe noce są ogromnym atutem dla podróżników. Na Islandię nie przyjeżdża się przede wszystkim dla muzeów, ale dla dzikiej, bezkresnej przyrody. Brak zmroku pozwala odwiedzać popularne miejsca poza godzinami szczytu i dostosować harmonogram wyjazdu do własnego rytmu. Lubicie późne pobudki? Latem na Islandii można zaczynać dzień przed południem i nadal zobaczyć wszystko, co było założone nawet w ambitnym planie. To niezwykłe doświadczenie, kiedy wyrusza się na pusty szlak po kolacji i kończy trekking około północy, a wokół nadal jest jasno. Jedynymi towarzyszami bywają wtedy owce, łubin i wodospady.
Fioletowy zawrót głowy
Niekwestionowanym symbolem islandzkiego krajobrazu w czerwcu jest łubin. Nie mówimy tu o skromnych klombach posadzonych przez miejskie służby, ale o ciągnących się kilometrami połaciach fioletowych dywanów u stóp wulkanów, na polanach pod skałami i wzdłuż poboczy dróg. A przecież nie jest to rdzenna islandzka roślina.
Łubin został sprowadzony w latach 40. ubiegłego wieku z Alaski, aby ratować wyspę przed erozją gleby i burzami piaskowymi. Jego ekspansja wymknęła się jednak spod kontroli. Choć Islandczycy doceniają jego urok, mają do łubinu mniej sympatii niż turyści. Wypiera bowiem ich ukochane, delikatne mchy, w których według islandzkich wierzeń mieszkają elfy. Można mieć nadzieję, że łubin i elfy żyją ze sobą w zgodzie, bo jedno i drugie dodaje tej surowej wyspie odrobiny magii.
Maskonury na islandzkich klifach
Czerwiec to także czas, kiedy na islandzkie klify wracają najsłynniejsi celebryci wyspy, czyli maskonury. Z wyglądu przypominają uroczą, nieco niezdarną krzyżówkę małego pingwina z tukanem. Mają jaskrawe, pomarańczowe dzioby i łapki, czarno-białe upierzenie, a na lądzie poruszają się dość komicznie. Trudno się do nich nie uśmiechnąć i nie zapełnić rolki aparatu zdecydowanie zbyt dużą liczbą zdjęć.
Najwięcej kolonii maskonurów można spotkać na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy. Jeśli można wybrać tylko jedno miejsce na ich wypatrywanie, moim faworytem jest pięknie porośnięty klif Hringsbjarg. To miejsce, które pozwala cieszyć oczy połączeniem surowej skały, soczystej zieleni traw i mchów oraz błękitu Morza Norweskiego.
Najlepsza pora na obserwację tych ptaków to wczesny poranek oraz późne popołudnie i wieczór. W ciągu dnia kolonie często pustoszeją, bo maskonury wypuszczają się na otwarty ocean, żeby polować na ryby.
Rejs i spotkanie z oceanicznymi gigantami
Czerwiec otwiera najlepszy czas na obserwację wielorybów. Zwierzęta przypływają pod koniec wiosny z cieplejszych rejonów, aby w chłodnych wodach żerować i gromadzić zapasy. Najczęściej spotyka się tu humbaki, słynące z efektownego wynurzania się i machania potężnymi płetwami ogonowymi, a także nieco mniejsze płetwale karłowate. Przy odrobinie szczęścia można wypatrzyć również majestatyczne płetwale.
Za „stolicę wielorybów” uchodzi Húsavík na północy Islandii. To stąd rejsy obserwacyjne organizowane są od marca do listopada, a szansa na zobaczenie wieloryba podczas takiej wyprawy jest bardzo duża. Jeśli jednak nie ma czasu na podróż na północne wybrzeże, nic straconego. Podobne rejsy dostępne są także z Ólafsvíku na północnym zachodzie, a nawet z samego Reykjavíku.
Taka wyprawa trwa zazwyczaj około 3 godzin. Przed wejściem na pokład każdy uczestnik otrzymuje specjalny, wypornościowy kombinezon, który chroni przed wodą i wiatrem. Podczas rejsu kluczowa jest uważność kapitana. To on wypatruje wielorybów, ale nie może podpływać zbyt blisko żerujących zwierząt. Pochłonięte polowaniem potrafią całkowicie zignorować otoczenie i nieświadomie uderzyć w łódź. W drodze powrotnej załoga zwykle serwuje rozgrzewający kubek gorącej czekolady oraz islandzkie ciastka cynamonowo-korzenne.
Co ważne, Islandia coraz większy nacisk kładzie na ekologię. Wiele nowoczesnych łodzi w Húsavíku wyposażonych jest w ciche silniki elektryczne, co pozwala zbliżyć się do zwierząt w sposób mniej inwazyjny i ograniczający stres.
Golden Circle po islandzku
Jeśli nie ma czasu na eksplorację całej wyspy, dobrą alternatywą na krótki wyjazd jest kultowy Golden Circle, czyli Złoty Krąg. To najpopularniejsza trasa turystyczna w kraju, którą bez problemu można zorganizować jako intensywną, jednodniową wycieczkę z Reykjavíku. Można też rozłożyć ją na dwa spokojniejsze dni, żeby dorzucić do planu hiking i relaks w gorących źródłach Reykjadalur.
Ta licząca około 300 kilometrów pętla skupia w sobie esencję islandzkich cudów natury i prowadzi przez trzy spektakularne, zupełnie różne punkty programu.
Pierwszym z nich jest Park Narodowy Þingvellir. Można tu dosłownie przejść się pomiędzy kontynentami, bo dno kanionu Almannagjá jest jednocześnie szczeliną między dwiema płytami tektonicznymi, północnoamerykańską i eurazjatycką. Þingvellir to także miejsce o ogromnym znaczeniu historycznym. To tutaj w 930 roku powstał jeden z najstarszych i, jak szybko można się przekonać, najskromniejszych parlamentów świata. Islandczycy są powściągliwym, choć błyskotliwym narodem i nie przepadają za zadęciem. Dlatego nikogo specjalnie nie dziwi, że premier pozuje do zdjęć w kultowym swetrze z owczej wełny, a spotkania rangi międzynarodowej odbywają się w letniej rezydencji złożonej z kilku jednopiętrowych domków, położonych właśnie w Þingvellir.
Kawałek dalej krajobraz mocno się zmienia. Wjeżdża się do parującej, geotermalnej doliny Haukadalur, czyli domu słynnych gejzerów. Choć Geysir, od którego wzięła się nazwa tego zjawiska na całym świecie, obecnie jest nieaktywny, znajdujący się w pobliżu Strokkur co kilka minut wystrzeliwuje w niebo słup wrzącej wody, sięgający nawet 30 metrów. Cała dolina kipi, bulgocze i pachnie siarką, a widok ze wzgórza na tę parującą okolicę jest spektakularny.
Najlepszym zakończeniem wycieczki po Złotym Kręgu, szczególnie w tak zwanej złotej godzinie, czyli przy ciepłym, popołudniowym świetle, jest Gullfoss, Złoty Wodospad. Woda z lodowca Langjökull spada tu dwiema kaskadami w głąb ogromnego kanionu. W słoneczny czerwcowy dzień unosząca się nad wodospadem mgła tworzy tęcze. Warto wiedzieć, że na początku XX wieku wodospad miał zostać bezpowrotnie zniszczony przez budowę elektrowni wodnej. Przed katastrofą uratowała go Sigríður Tómasdóttir, której pomnik stoi dziś na szczycie klifu.
Islandia kamperem i camper vanem
Ruch na islandzkich drogach jest niewielki, a jazda pustą trasą w otoczeniu wulkanicznych, bezkresnych krajobrazów to czysta przyjemność. Najlepszym sposobem na niezależność jest oczywiście własny środek transportu. Najpopularniejszym wyborem wśród podróżników jest camper van albo kamper. Dają nie tylko wolność, ale też pozwalają oszczędzić pieniądze i czas, bo stają się domem na kółkach, z sypialnią i kuchnią zawsze pod ręką.
Ceny podstawowych produktów spożywczych w marketach wcale nie różnią się drastycznie od tych w Polsce. Średnio zapłacimy tam około 30–40 proc. więcej niż w kraju. Najbardziej odczuwalna różnica dotyczy pieczywa, mięsa oraz warzyw, ale już nabiał, w tym świetny, tradycyjny islandzki skyr, czy przekąski kosztują bardzo podobnie jak na polskich półkach.
Sieć islandzkich kempingów jest świetnie rozwinięta i oferuje pełne zaplecze kuchenno-sanitarne. W większości miejsc nie trzeba rezerwować noclegu z wyprzedzeniem. Przyjeżdża się o dowolnej porze, płaci w aplikacji i zostaje na noc. W połączeniu z białymi nocami daje to dużą elastyczność. Jeśli o północy uznacie, że macie ochotę zobaczyć jeszcze coś w okolicy albo pojechać dalej, bo po prostu nie jesteście zmęczeni, można ruszać bez stresu, że nie zdążycie na zameldowanie albo przepadnie wam doba hotelowa. Warto jednak pamiętać o jednej ważnej zmianie, która zaszła na Islandii w ostatnich latach. Nocowanie „na dziko” jest obecnie nielegalne.
Choć temperatury w czerwcu i lipcu wydają się rześkie w porównaniu z polskim latem, bo zwykle wynoszą około 11–15 stopni Celsjusza, temperatura odczuwalna potrafi być znacznie wyższa. Przez krystalicznie czyste powietrze, w bezwietrzny dzień nawet przy 12 stopniach jest przyjemnie ciepło i można wskoczyć w szorty. Sprawdzone.
Fot. N. Jaros
