werandcountry.pl weranda.pl astromagia.pl
  • Od kuchni

Najlepsze restauracje azjatyckie w Warszawie. Pięć Smaków nie tylko na festiwalu

autor: Mieczysław Pawłowicz
Obserwuj nas w Google

Od legendarnej zupy pho, przez nepalskie pierożki momo, aż po kaczkę po pekińsku i aromatyczne indyjskie curry. Warszawa ma znacznie więcej niż pięć azjatyckich smaków. Oto pięć restauracji, do których warto zajrzeć nie tylko przy okazji festiwalu filmowego Pięć Smaków.

Nie wiem, kto wymyślił nazwę Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków, ale był to fantastyczny pomysł. W tym roku odbywa się jego jubileuszowa, już 20. edycja. Nawiązuje ona do tradycyjnej chińskiej przyprawy i takie obrazy zwykle oglądamy: słodkie, gorzkie, słone, kwaśne i ostre. Nic dziwnego, że po pokazach możemy odczuć smak na azjatycką kuchnię. Tym bardziej że w niektórych filmach festiwalowych kulinaria są ważne (choćby „Chińska uczta”, „Monte Cucina” czy „Kaczka po pekińsku”).

W Warszawie, gdzie odbywa się główna część festiwalu, mamy do wyboru nawet więcej niż pięć różnych smaków. Poniżej subiektywny wybór azjatyckich restauracji w stolicy.

Tradycyjna wietnamska zupa pho z makaronem ryżowym, mięsem i świeżymi ziołami w restauracji Thoang Pho Wietnam w Warszawie.
Zupa pho zdobywała popularność w Warszawie już w czasach Jarmarku Europa na Stadionie Dziesięciolecia. Dziś jej smaki można odnaleźć między innymi w restauracji Thoang Pho Wietnam przy Chmielnej.

Thoang Pho Wietnam

To prawdziwa legenda na warszawskiej scenie kulinariów wietnamskich. Imigranci z tego kraju dość wcześnie zaczęli nas uczyć swoich smaków. Teraz lokal mieści się na reprezentacyjnym stołecznym deptaku. Ale swoje początki miał na słynnym skądinąd Stadionie Dziesięciolecia.

Dla młodszych czytelników istotne przypomnienie: to był wielki bazar, gdzie ze straganów w kształcie szczęk sprzedawano wszystko – od ciuchów po elektronikę. Dużą część handlowców stanowili imigranci z Wietnamu. I to dla nich utworzono niewielkie bary. Mimo że warunki lokalowe były prymitywne, to wszystko rekompensował smak zupy pho.

Trudno w to uwierzyć, ale w niedzielne popołudnie trzeba było czekać na wolne miejsce przy skleconych ad hoc stołach w oczekiwaniu na swój rosół – najczęściej z wołowiną. Bywalcy popisywali się umiejętnością jedzenia pałeczkami, a dodatki: marynowany czosnek czy cytryny nie były limitowane.

Stadionu i Jarmarku Europa dawno nie ma. W samej Warszawie jest wiele innych wietnamskich przybytków (choćby na ulicy Bakalarskiej). Ale na Chmielną zawsze wracam z nostalgią, nawet jeśli muszę poprosić o dodatkową cytrynę.

Oczywiście w menu mamy też wszystkie dobrze znane dania wietnamskie, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebym zamówił tam coś innego niż pho bo – klasyczną, z wołowiną. Duża miska kosztuje 32 zł.

Adres: ul. Chmielna 5/7, Warszawa

Nepalskie pierożki momo podane w bambusowym koszyku z sosem w restauracji Momo Station w Warszawie.
Pierożki momo to jeden z najbardziej charakterystycznych smaków Nepalu. W warszawskiej Momo Station przy Hożej przychodzą na nie także Nepalczycy szukający smaków rodzinnych stron.

Momo Station

Każdy, kto był na trekkingu w Himalajach, z sentymentem przyjdzie na ulicę Hożą. Nie, nie po dal bhat, narodowe danie nepalskie, które króluje na każdej trasie w górach. I choć gotowana soczewica z ryżem daje dużo energii i jest fajnie przyswajana na dużych wysokościach, to pamiętam, że płaciłem nawet dwa razy więcej za porządne pierożki z mięsem. Choćby jaka.

I o dziwo: mimo że w wielu azjatyckich (głównie indyjskich) restauracjach pracuje sporo Nepalczyków, to bardzo rzadko zdarzają się pierożki momo. A jeśli już, to nie rzucają na kolana. Fakt, trudno jest przebić się z nimi w naszym kraju, gdy są one jednym z dań narodowych.

Jednak Momo Station na Hożej zdecydowanie się wyróżnia. Fantastycznie podane, w bambusowym naczyniu i o wiele bardziej delikatne, zachwycą nawet najbardziej zagorzałych miłośników naszych poczciwych pierogów. Ale najlepszą rekomendacją jest to, że przychodzą tu nepalscy emigranci szukać smaków z rodzinnych stron. Porcja momo od 36 zł.

Adres: ul. Hoża 61, Warszawa

Kucharz w czarnym uniformie przygotowuje kaczkę po pekińsku, porcjując pieczone mięso podawane z cienkimi naleśnikami, warzywami i sosem.
Kaczka po pekińsku to specjalność restauracji P85 przy ulicy Pańskiej w Warszawie. Jej przygotowanie i serwowanie jest prawdziwym kulinarnym rytuałem.

P85

Konia z rzędem temu, kto odróżni smaki kuchni syczuańskiej od mandaryńskiej. Przynajmniej jeśli wychował się w naszej strefie kulinarnej. Jednak jest danie, które rozpoznaję zawsze i jeśli tylko mam okazję, to próbuję porównać to z niewielką knajpą Li Qun w jednym z hutongów Pekinu.

Dawno tam nie byłem, nie wiem, czy ten hutong jeszcze istnieje, ale jak dotąd najbliżej moim wspomnieniom odpowiada kaczka robiona przez pana Witka z restauracji P85. Witek to spolszczone imię pana Hao Bei, który odpowiada za ten sztandarowy produkt chińskiej restauracji.

Zresztą sam rytuał posiłku jest fascynujący. Najpierw gościom prezentowana jest kaczka w całości. Potem kroi się ją w cienkie plastry zawijane w jeszcze cieńsze naleśniki z dodatkiem przełamującej smak dymki lub rodzaju selera naciowego, o ile dobrze pamiętam swoją pekińską przygodę. A to wszystko delikatnie pomazane w gęstym sosie fasolowym. I chyba nie muszę mówić, że wszystko robimy pałeczkami?

Co ciekawe, P85 specjalizuje się w kuchni syczuańskiej. Kaczka po pekińsku to ukłon w stronę jednego z najsłynniejszych dań Państwa Środka.

Ale uwaga: liczba kaczek w restauracji jest ograniczona. Więc jeśli przyjdziecie tu tylko na ten przysmak, to trzeba przy wejściu dopytać, czy inni goście wcześniej nie wyczerpali limitu. Bo można zarezerwować stolik, ale nie danie. Cena kaczki to 298 zł, ale wystarcza jej na dwie albo i trzy osoby.

Adres: ul. Pańska 85, Warszawa

Danie kuchni tajskiej z mięsem, warzywami, świeżą bazylią i kwiatem orchidei w restauracji Thai Me Up! w Warszawie.
Kuchnia tajska to bogactwo aromatów, świeżych ziół i wyrazistych przypraw. Restauracja Thai Me Up! przy Foksal serwuje zarówno klasycznego pad thaia, jak i bardziej pikantne dania.

Thai Me Up!

Tak jak za nazwę festiwalu filmowego, tu też przyznałbym nagrodę za wymyślenie nazwy. Tym bardziej że restauracja mieści się tuż obok rewii, w jednej z najbardziej tłocznych wieczorami ulic centrum Warszawy.

Na Foksal znajdziemy tanie i popularne pijalnie piwa, ale i eleganckie lokale. Ditsungnoen Khimhan gotuje w przestrzeni pomiędzy skrajnościami. Proste, ale eleganckie stoliki na równi z codziennymi promocjami zachęcają do tajskich smaków.

Po powrocie bezpośredniego połączenia z Warszawy do Bangkoku pewnie przybędzie chętnych do spróbowania narodowej kuchni Tajów. I tak jak w innych lokalach, jest tu duży wybór dań z regionu, jak mówią właściciele, „tak jak nas karmiono w domu”.

Jednak wiele osób poleca sztandarowe danie „pad thai”. To makaron ryżowy w sosie tamaryndowym z jajkiem, tofu, kiełkami soi, cebulą, orzeszkami i dodatkami do wyboru: od wege do kurczaka.

Kto chce zjeść ostrzej, niech zamówi Pad Kee Mao w sosie sojowym i z pędami bambusa. Tu już nie ma wersji wege, za to zjemy wołowinę w dwóch odmianach.

Porcje są duże. Mięsne od 54 zł (nieco taniej wege), za to w poniedziałki jest na makaron 30 proc. zniżki.

Adres: ul. Foksal 16, Warszawa

Indyjskie curry z kawałkami mięsa, podane w miedzianej misce z ryżem basmati, świeżą kolendrą i aromatycznymi przyprawami.
Indyjska kuchnia słynie z intensywnych aromatów i bogactwa przypraw. W warszawskiej restauracji Kalyan Dhaba można spróbować zarówno łagodnego butter chicken, jak i pikantnej baraniny vindaloo.

Kalyan Dhaba

Last but not least warto udać się na Pragę, choć dla niektórych to wyprawa na prawy brzeg Wisły jest trudniejsza niż do Indii. Kalyan Dhaba to drugi lokal polsko-indyjskiego małżeństwa, Ewy i Jijeha.

Nie tylko małżeństwo jest miksem kulturowym. Lokal przy Zamoyskiego mieści się w zabytkowym budynku Wedla, w miejscu dawnej kawiarni. Po kawiarni został w lokalu dawny fresk przedstawiający fabrykę czekolady.

Na ścianie można by zmienić jedną literę i zamiast „cukry” stworzyć „curry”, ale lokal słynie z kurczaka w sosie maślanym. Butter chicken podawany jest z ryżem (kilka rodzajów do wyboru) lub z chlebkami (też kilka rodzajów) na bieżąco wypiekanymi w piecach typu tandor. To ewidentnie jedno z najpopularniejszych dań – zarówno w lokalu, jak i na wynos.

I wbrew obiegowym opiniom kuchnia indyjska nie zawsze musi być paląca. Choć oczywiście amatorzy pikantnych dań znajdą coś dla siebie. Ja, gdy chcę się spocić, to zamawiam baraninę vindaloo.

Ale uwaga! Widziałem kilka razy, jak klienci zbyt uwierzyli w swoje możliwości przyjęcia ostrości. Vindaloo jest ostre nawet jak na warunki indyjskie.

A jeżeli lubicie miksy kulinarne, to w pobliskim lokalu Pizza & Patio możecie spróbować pizzy z indyjskim twistem: butter chicken albo baranina vindaloo. Ale nie mówcie o tym Włochom.

Butter chicken z chlebem lub ryżem kosztuje 49 zł. W czasie promocji lunchowej (do 16) zjecie to samo danie za 33 zł.

Adres: ul. Zamoyskiego 26a, Warszawa

Fot. M. Pawłowicz