• W hotelu
  • Hotele i spa
  • Pensjonaty

Modrzewie Park Hotel - luksusowa willa w Szczawnicy

autor: Weronika Kowalkowska, Staszek Gieżyński | 2 września 2014

Nieopodal  przełomów malowniczego Popradu, magicznego wąwozu Homole i słynnych Trzech Koron, nad pijalnią szczawnickich wód znajdziecie  pięciogwiazdkową oazę luksusu.

Złote czasy Szczawnicy przypadają na koniec XIX i pierwsze cztery dekady XX wieku, kiedy to do wód zjeżdżała się cała polska elita. Po uliczkach spacerowali hrabiowie i książęta, a ich dystyngowane żony wdychały zdrowe górskie powietrze na tyle, na ile tylko pozwalały im ciasno sznurowane gorsety. W 1909 roku uzdrowisko stało się prywatną własnością hrabiego Adama Stadnickiego i przeszło gruntowną modernizację. Wybudowano m.in. dworzec autobusowy i inhalatorium – jedno z najnowocześniejszych na całym kontynencie.

Przedsiębiorczy hrabia zasponsorował także gruntowną przebudowę ujęcia wód mineralnych. Natomiast dla swojej ukochanej córki i jej męża wzniósł piękną, modernistyczną willę Pod Modrzewiami, której księga gości błyskawicznie wypełniła się nazwiskami Krasińskich, Czartoryskich, Sapiehów, Zamoyskich. Szczawnica stała się miejscem, w którym wypadało bywać – szczególnie jeśli miało się herb albo chociaż kilka kamienic. Ale jak to w życiu: wszystko, co dobre, szybko się kończy. Przyszła wojna, a po niej komunizm. Dobra Stadnickich zarekwirowano, uzdrowisko upaństwowiono. Stare budynki zaczęły się sypać, więc obok nich zbudowano nowe, „lepsze” – z betonu. Ogołoconą z przedwojennych luksusów willę Pod Modrzewiami zamieniono w szpital.

Zły los odmienił się tu ponownie pod koniec XX wieku, gdy Szczawnicę zwrócono prawowitym właścicielom. Założona przez prawnuczęta Adama Stadnickiego spółka Thermaleo do dziś konsekwentnie przywraca miasteczku dawny blask, nie szczędząc na to ani czasu, ani pieniędzy. Odnowiono już wiele zabytkowych willi, zrewitalizowano park, zmodernizowano rozlewnię wód i inhalatorium, a szczawnicki plac Dietla codziennie zapełnia się kuracjuszami nie tylko z Polski. Potomkowie Stadnickiego zadbali, by w Szczawnicy czuli się dobrze zarówno goście ze skromnym budżetem, jak i miłośnicy luksusów, single i duże rodziny.

Ale to właśnie dla najbardziej wymagających kuracjuszy przeznaczono willę Pod Modrzewiami, jedyny w regionie hotel pięciogwiazdkowy. Drzewa nie bez przyczyny znalazły się w nazwie. Otaczają willę ze wszystkich stron. Co ciekawe, hotel, choć oficjalnie znajduje się w Szczawnicy, tak naprawdę wznosi się nad nią. Niby na uboczu, ale spacer do centrum z kawiarenkami i sklepami zajmuje pięć minut. Modrzewie Park Hotel jest jakby w innym świecie – w ciszy i zieleni. Sarny podchodzą do ustawionego tuż za budynkiem paśnika, a wieczorem pohukują sowy. Sama willa też bardzo różni się od starszych, w większości drewnianych „koleżanek” z centrum miasteczka. Monumentalna, modernistyczna bryła, ultramodne pod koniec lat 30. elementy zapożyczone z budownictwa okrętowego (bulaje w hallu, „okrętowe” barierki tarasów) – dzięki remontowi wszystko odzyskało przedwojenny blask. We wnętrzach króluje art déco ze współczesnymi dodatkami, kolory to: brązy, beże, czerwienie, przełamane biele i połyskujące gdzieniegdzie złoto.

Za estetyką lat 30. kryje się nowoczesna technologia. Jest szybki internet, telewizja satelitarna LCD, odtwarzacze MP3, klimatyzacja. Wszystkie pokoje, nawet te o niższym standardzie, są przestronne – najmniejszy ma 28 metrów kwadratowych. Ciut gorzej z łazienkami. Urządzanie luksusowego hotelu w zabytkowym budynku ma jednak swoje minusy. Pewnych rzeczy po prostu nie da się zmienić bez rozjuszania konserwatora. Dlatego łazienki są niewielkie – jak na pięciogwiazdkowy standard. Wyjątek stanowią apartamenty, a ewentualny dyskomfort spowodowany brakiem drugiej umywalki lub wielkiej wanny łagodzą nieco kosmetyki „Made by Herm¯s, Paris”. Jeżeli jednak zależy nam na łazience z wanną i/lub oknem – lepiej wspomnieć o tym, robiąc rezerwację.

Pokoje rozmieszczone są tu na czterech poziomach. Większość ma balkony, a właściwie elegancko umeblowane tarasy, które latem awansują do pozycji dodatkowego salonu. Lubiącym być w centrum wydarzeń gorąco polecamy pokój de luxe lub sąsiadujący z nim suite (obydwa z balkonami) na pierwszym lub drugim poziomie. Stąd mamy dwa kroki do baru i restauracji, a tylko jeden do ogromnego, wspólnego tarasu – wymarzonego miejsca na kąpiele słoneczne i wieczorne rozmowy przy dobrym koniaku.

Gości pragnących absolutnego spokoju skierujemy raczej na ostatni poziom. Tam, w małym korytarzyku za salką konferencyjną, znajdują się raptem trzy pokoje. Co prawda żaden nie ma tarasu, ale są za to bardzo jasne dzięki oknom połaciowym i odcięte od reszty hotelu. Widok? Niebo, park, góry. Zero cywilizacji. W suite nr 16 (wszystkie pokoje tego typu mają sypialnię oddzieloną od części dziennej przesuwanymi drzwiami) znajdziemy dodatkową garderobę. Pokoje obok (duże de luxe, czyli pokój z łazienką) mają wspólny korytarz, który można zamknąć i w ten sposób połączyć w niemal stumetrowy apartament. To samo można zrobić z dwoma pokojami na każdym piętrze – trudno o lepsze rozwiązanie dla podróżujących wspólnie rodzin, grup przyjaciół czy bardzo zapracowanych gości, którzy potrzebują  własnego biura nawet na wakacjach. Na pierwszym poziomie hotelu czeka na nich też dobrze wyposażona „strefa biznesowa” (pokój z wygodnym biurkiem, fotelem i zestawem urządzeń), a na strychu – 16-osobowa sala konferencyjna, jedna z najprzyjemniejszych, jakie do tej pory widzieliśmy.

Życzenie gościa jest najważniejsze, nawet jeśli będzie wymagało drobnego przemeblowania. Szczęśliwcy, którzy mogą się skupić tylko na wypoczywaniu, powinni pokusić się o rezerwację któregoś z apartamentów. Naszym faworytem jest pokój nr 15, z przestronną łazienką wyposażoną w wannę z hydromasażem, powiększony salon i… 45-metrowy taras. Zimą, kiedy na tarasie możemy sobie co naj-wyżej postać i pomarznąć – albo jak Hans Castorp w „Czarodziejskiej górze" wdychać zdrowe powietrze owinięci w koc z wielbłądziej wełny – lepszym wyborem będzie położony tuż obok apartament Prezydencki. Jest bardziej przestronny, bo 74-metrowy, jednak z mniejszym balkonem. Latem należy brać pod uwagę, że znajduje się nad tarasem należącym do hotelowego baru. Co prawda bar zamyka się punkt 23, a hotelowi goście nie należą do hałaśliwych, ale jeżeli mamy w planach lekturę na świeżym powietrzu, potrzebnej do niej absolutnej ciszy szukajmy raczej na tarasie pokoju nr 15.

Do Szczawnicy przyjeżdża się przede wszystkim po zdrowie. Jednak skoro można przy okazji dopieścić i urodę, wymasować zbolałe ciało i pozbyć się zmarszczek, dlaczego by nie skorzystać. Należący do hotelu kompleks spa może i jest niewielki, ale ma wszystko, czego potrzeba wymęczonym mieszczuchom. Dobudowana kilka lat temu (choć wymagająca już odświeżenia, szczególnie z zewnątrz) część gmachu mieści niewielki basen z bajerami (przeciwprąd, wodospad), dwie sauny (wilgotna i sucha) i prysznice, z których jeden wymyje nas w sposób tradycyjny, a drugi zaaplikuje miniseans aromaterapii połączony z „ciepłą bryzą”. Ale że prowadzące na basen szatnie cierpią na tę samą przypadłość co łazienki, polecamy schodzenie do spa już w szlafroku i kapciach. Brak także siłowni, chociażby symbolicznej.

Dużo bardziej niż strefa basenowa podobały nam się sale zabiegowe. A dokładnie dwa nastrojowe pokoiki w amfiladzie, prowadzące do „jaskini relaksu” (i to jest bardzo przyjemne skojarzenie) – pogrążonej w zmysłowym półmroku salki z wanną do kąpieli aromatycznych i stołem do masażu. Kiedy już wejdziesz do tej „pieczary”, masz ją tylko dla siebie. Drzwi się zamykają i zostaje wywieszona kartka: „Zapraszamy później, trwa zabieg”. Można się totalnie odprężyć i zapomnieć o bożym świecie. W ofercie, obok iście kosmicznych zabiegów kosmetycznych dopasowanych do każdych potrzeb, jest też sporo masaży. W zależności od nastroju, można zostać zrewitalizowanym, połechtanym mięciutkim strusim piórem albo dać się brutalnie porozciągać. Co komu pasuje.

Kiedy będziemy relaksować się w spa, naszymi dziećmi zajmie się niania – trzeba tylko dzień wcześniej szepnąć słówko w recepcji. Opiekunka jest niezbędna, bo dzieci, choć mile widziane i traktowane jak lordowie i damy, placu zabaw muszą poszukać w Szczawnicy, a z braku kącika zabaw – zadowolić się oglądaniem kreskówek.

Jeżeli będziemy potrzebować czegoś więcej, po raz kolejny poprośmy o pomoc recepcję. Usługa consierge oznacza, że pracownicy załatwią, zarezerwują, sprowadzą, sprawdzą, polecą i spełnią niemal wszystkie zachcianki gości. Wszyscy są życzliwi i nienachalni, choć stale obecni. Wystarczy, że usiądziemy na kanapie w ogrodzie zimowym, a już po chwili zjawi się miły pan z pytaniem, czy nie życzymy sobie czegoś do picia albo czy nie ściszyć muzyki. I tak jak za dawnych czasów mieszało się tu wiele języków, tak i teraz w Modrzewiach słychać angielski, francuski, niemiecki. Więcej – w każdym z tych języków mówi obsługa.

Na koniec o rewelacyjnej kuchni. Niełatwo jest zadziwić dziecko – pomyśleliśmy, gdy kelner położył przed synem głęboki talerz przykryty kopułą. Pod nią ukryła się górka domowego makaronu. Kelner sięgnął po dzbanuszek, zalał makaron gorącym rosołem, życzył smacznego i zniknął. Elegancki i być może nieco staromodny rytuał pasuje do tutejszej restauracji jak ulał.

To szykowne miejsce o stylowych meblach, imponujących żyrandolach, przyciemnionym świetle, starannie dobranej zastawie. Obsługa jest tak nienaganna, że pomiędzy daniami zmiata okruszki z obrusa. W takim otoczeniu już podświadomie człowiek spodziewa się kuchni klasycznej i nieco konserwatywnej. I takiej właśnie skosztowaliśmy, choć – jak zapewnił szef kuchni Olaf Ratz – zmiany nadciągają wielkimi krokami.

Co w karcie? To kuchnia francuska z drobnymi akcentami światowymi. Pierś z kaczki klasycznie łączyła się z subtelną słodyczą sosu miodowo-balsamicznego, równoważoną przez selerowe purée. Jedyna sugestia to taka, żeby nieco krócej ją smażono. Grasica na szpinaku ze smardzami była za to idealna i choć w menu pojawia się w przystawkach, spokojnie można ją wziąć jako danie główne. I tu tkwi pewien kłopot. Karta w Le Restaurant jest bowiem typowo kolacyjna, a większość dań to „duży kaliber” – wyrazisty smak, aromatyczny sos. Nawet podanie combra sarniego z modną i zdrową komosą ryżową (quinoa) nie zaciera tego wrażenia. – To spadek po poprzednim szefie kuchni, Francuzie. Teraz zmieniamy menu i wprowadzamy osobną kartę lunchową. Będą regionalne akcenty: jagnięcina, pstrągi, bundz i oscypek – mówi Olaf Ratz. Z nowego menu spróbowaliśmy ravioli z miejscowymi serami w sosie miodowym – bardzo smaczne. Dobrze prezentował się również pstrąg podany na trzy sposoby: wędzony, w postaci tatara i escabeche. – To będzie solidna kuchnia z francuskim sznytem – zapewnia szef kuchni i nie ma najmniejszego powodu, by mu nie wierzyć. My skończyliśmy kolację w hotelowej restauracji czekoladowym sufletem z sosem malinowym. Synowi bardzo smakował. Rosół zresztą też.

  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
  • Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion
    Zdjęcia: Rafał Lipski, stylizacja: Agata De Virion

Udogodnienia

  • „Le Restaurant”
    Modrzewie Park Hotel
  • Sala konferencyjna
    i centrum biznesowe
  • Spa
  • Strefa
    Wellnes
  • Podgrzewany
    basen

Kontakt

Modrzewie Park Hotel
Szczawnica, Park Górny 2 www.mparkhotel.pl

Lokalizacja

Zostań z nami

Bądź na bieżąco