• Od kuchni
  • Restauracje

Gdzie zjeść w Warszawie: 5 nowych, smacznych adresów

autor: Matylda Rosłaniec | 28 lutego 2018

Warszawska scena kulinarna to wyjątkowo żywy organizm. Nie ma tygodnia, żeby coś się nie otworzyło i nie zamknęło. Z nowości ostatnich miesięcy jest kilka restauracyjnych perełek z krótkim stażem, ale świetną kuchnią. Gdzie zjeść w Warszawie? Łapcie recenzję. 


Praga-Północ: Bistro pod Sowami

ul. Okrzei 26

Odnowiona kamienica Massalskich, zwana potocznie „domem pod sowami”, nabrała ostatnio nie tylko nowego blasku, ale przed wszystkim wspaniałego smaku. A wszystko dzięki bistro, które dopracowanymi do ostatnich szczegółów wystrojem i menu nawiązują do czasów świetności budynku.

fot. Piotr Tuora
fot. Piotr Tuora
fot. Piotr Tuora

Klimat Warszawy z lat 20. da się tu odczuć nie tylko słuchając muzyki puszczanej wyłącznie z gramofonu, ale przede wszystkim zaglądając w kartę. Króluje dziczyzna, dzikie ptactwo, ryby, jak choćby doskonały jesiotr zachodni. Znajdziecie tu polskie sery, domowej produkcji wędliny (np. kumpiak, schab w glazurze miodowo – czosnkowej, szynkę wędzoną z jałowcem), chleb na zakwasie z palonym sianem łąkowym i ekologiczne oleje.

Dania, podobnie jak wnętrze, przeszły jednak sporą ewolucję i zachwycają połączeniem tradycji
z nowoczesnością. Ogony wołowe w bulionie z kiszonej kapusty, pstrąg z sosem szafranowym i szyjkami rakowymi, czy wspomniany jesiotr z sosem cydrowym, pampuchami i gulaszem ze ślimaków oraz pieczona w całości przepiórka udowadniają, że warszawskiej kuchni wcale nie tak daleko do Paryża, czy Londynu.


Śródmieście: Do Bo Do

ul. Foksal 17

Lokal na Foksal owiany jest już legendą. Kiedyś mieściła się tu kultowa kawiarnia Cafe Bodo, w której przesiadywała artystyczna śmietanka stolicy, z Mieczysławem Foggiem, Zbigniewem Cybulskim i Gustawem Holoubkiem na czele. Później przez lata jadaliśmy w Opasłym Tomie, pod wodzą Agaty Wojdy, który swoją kuchnią skradł serca wielu warszawiaków. Nic dziwnego, że oczekiwania względem następcy od początku były bardzo wysokie.

Do Bo Do działa krótko, ale szef kuchni od razu pokazał na co go stać. Smaki są subtelne, może nieco zbyt delikatne, ale bardzo spójne menu gwarantuje udany wieczór.

fot. Dawid Cieślak Feed My Social
fot. Dawid Cieślak Feed My Social
fot. Dawid Cieślak Feed My Social

Świetny wędzony w nori węgorz z polskim kawiorem z jesiotra, musem z yuzu i szpritzerem z szampana i ogórka, klarowne consomme z pstrąga Tarczyńskiego i pierś kaczki w boczku ze świni złotnickiej, kopytkami buraczanymi i sosem cydrowym z jałowcem wystawiają bardzo dobre świadectwo nowoczesnej kuchni polskiej, ale też umiejętnościom szefa. Niesamowicie przyjemne wnętrze, podobnie jak nazwa, odnosi się do pierwotnej kawiarni z lat 30. i trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na romantyczny wieczór albo kameralne spotkanie z przyjaciółmi.


Śródmieście: Rioni Restauracja Gruzińska 

Mokotowska 17

Kaukaskie smaki skradły serca Polaków już wiele lat temu, więc restauracji gruzińskich mamy pod dostatkiem. Nie oznacza to jednak, że dobry gruziński posiłek możemy zjeść bez wysiłku, bo regionalne dania często tracą charakter dopasowując się do naszych podniebień. Ale oto na Placu Zbawiciela pojawiła się Rioni, przytulna knajpka serwująca domowe potrawy, których receptury są podobno pilnie strzeżone i przekazywane z pokolenia na pokolenie.

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Menu jest dość klasyczne i większości dań prawdopodobnie próbowaliście już wcześniej, ale tutaj warto skosztować ich po raz kolejny. Doskonałe roladki z bakłażana z pastą orzechów włoskich i pestkami granata, pyszne sery owcze i suluguni, chaczapuri w sześciu rodzajach, w tym z Adżaruli, puszystą łódeczką z ciasta drożdżowego z serem, jajkiem sadzonym i masłem to tylko początek uczty. Spróbujcie gruzińskiego rosołu z jajkiem, czosnkiem i kolendrą oraz rozgrzewających chinkali i świetnego marynowanego kurczaka grillowanego na płasko, podawanego z sosem z gruzińskich śliwek. Koniecznie zamówcie też deser, bo wiele stracicie omijając orzechowo-winogronową czurczchelę. A kolejną zaletą Rioni jest to, że niebawem ma się pojawić bliźniaczy lokal przy Placu Unii, powody do uczy będą więc dwa.


Śródmieście: Kuchnia Konfliktu

ul. Wilcza 60

O Kuchni Konfliktu jako organizacji kulinarno-społecznej mówi się w Warszawie już od dawna. Ale o restauracji działającej pod tym samym szyldem i na tych samych zasadach zaczyna się dopiero wspominać.

fot. Filip Antczak
fot. Filip Antczak
fot. Filip Antczak

A to dlatego, że działa zaledwie od kilku tygodni i nie wszyscy jeszcze słyszeli o jej istnieniu. Dlatego biegnijcie tam jak najszybciej zanim pojawią się kolejki, a pojawią się na pewno. Oryginalne receptury, niespotykane, egzotyczne potrawy przygotowywane przez mieszkańców krajów, z których dania pochodzą. To wyjątkowe miejsce, w którym przy talerzu z pilawem, pieczonym bakłażanem, marynowanym fenkułem i kremem miętowym prosto z Dagestanu, chrupiących czeczeńskich samsach
z dyniowym nadzieniem albo tahinowej brioszce z musem różanym i domowym dżemem z czarnych porzeczek można wysłuchać nie tylko opowieści o potrawach, ale przede wszystkim historii kucharza, porozmawiać o sytuacji jego kraju i pomóc ludziom, których wojna zmusiła do emigracji.


Śródmieście: Koko & Roy

ul. Wilcza 43

Już nie trzeba ćwiczyć autopromocji starając się o wizę, ani zrywać się o nieludzkiej godzinie pędząc na samolot. Amerykańskie, charakterne smaki i nowojorski luz importowali do Warszawy Koko (Polka)
i Roy (Amerykanin)
, po cichutku urządzając swoją eklektyczną restaurację w samym centrum miasta.

fot. Matylda Rosłaniec
fot. Matylda Rosłaniec
fot. Matylda Rosłaniec

Nie było wielkiej promocji, fanfar, ani tłumu hipsterów przed drzwiami. Z lekką nieśmiałością powstawało za to menu pełne odświeżonych klasyków – piwnych precli, gęstej ziemniaczanej zupy z bekonem, żeberek z sałatką coleslaw, porchetty i porządnego, pieczonego kurczaka. I mimo że część pozycji brzmi jak dobrze znane fast foody, to w Koko & Roy wykonane są z bardzo dobrych składników i z każdym kęsem czuć w nich domową rękę i gościnność amerykańskiego południa. Jedyne co nieco bawi, a nieco męczy, to wybiórcze używanie obcojęzycznych nazw, bo przecież beef stew można bez problemu i profanacji przetłumaczyć na polski – szczególnie jeśli towarzysząca mu lunchowa zupa jest już po prostu cebulową (a nie onion soup).

 

Mapa

Zostań z nami

Bądź na bieżąco