reklama
  • W podróży
  • Europa
  • Dzieje się

Najstarsze lunaparki w Europie

autor: Weronika Kowalkowska

Migające światła, feeria barw i głośna muzyka, doprawione solidną dawką adrenaliny – w lunaparku z prawdziwego zdarzenia można się zatracić. Pośród zabytkowych karuzel i kolejek górskich łatwo zapomnieć o tym, że mamy XXI wiek.

Wędrowne wesołe miasteczka to bardzo stara instytucja. Od średniowiecza jarmark, święto czy odpust nie mogły obejść się bez występów kuglarzy i teatrzyków, do których z czasem dołączyły napędzane siłą mięśni (ludzi lub zwierząt) karuzele. Lunaparki stacjonarne pojawiły się dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Miały bawić, ale i… promować najnowsze technologie. Były czymś na kształt przedłużenia wystaw światowych prezentujących najnowsze światowe osiągnięcia kulturalne, naukowe i techniczne, na przykład pierwszy nowoczesny 80-metrowy diabelski młyn (dzieło George’a Ferrisa, stąd angielska nazwa Ferris wheel) został zaprojektowany i wzniesiony specjalnie na wystawę w Chicago w 1893 roku. Kilka lat wcześniej niejaki LaMarcus Adna Thompson opatentował inny, ekscytujący wynalazek – kolejkę górską (rollercoaster).

Początkowo te imponujące konstrukcje wznoszono wyłącznie z drewna – dodawało im to uroku (przerażające skrzypienie!), ale bardzo często kończyło się pożarem. Pierwsze metalowe torowisko tego typu powstało dopiero w 1959 roku!
Także karuzele, najbardziej nobliwe z całego towarzystwa, bo pochodzące z XVIII wieku, mogły dzięki nowym technologiom kręcić się dłużej, szybciej i migać setkami kolorowych świateł. Rozpoczęła się złota era lunaparków, które wyrastały w miejskich parkach i na podmiejskich terenach rekreacyjnych. Na przełomie stuleci ludzie lepiej zarabiali i mieli coraz więcej wolnego czasu, który chętnie spędzali w wesołych miasteczkach.

Przyjść mógł każdy – książę i praczka. Bogaci zajeżdżali do lunaparku karocami i dorożkami, a biedota szła pieszo. Nie miało to większego znaczenia, bo za bramą całe towarzystwo swobodnie się mieszało – w demokratycznym wagoniku kolejki górskiej pani hrabianka mogła spotkać własną służącą. Jednak lunaparki oferowały o wiele więcej atrakcji niż tylko karuzele. Do stałej oferty należały także występy akrobatów, kataryniarzy, gabinety osobliwości, przedstawienia teatralne, prezentacje najnowszych wynalazków, darmowe koncerty i potańcówki. Można było zapomnieć o codzienności, oderwać się, dać się zahipnotyzować… Ile z tej magii zostało do dziś? Całkiem sporo. Odnajdziemy ją jeszcze w kilku miejscach w Europie.


1/4 KLAMPENBORG (DANIA) BAKKEN – najstarszy lunapark na świecie

fot. Shutterstock.com

Jego początki sięgają końca XVI wieku. Dawniej był tu królewski park do polowań, wyłącznie do użytku koronowanych głów. W 1756 roku Fryderyk V łaskawie otworzył go dla swoich poddanych i od tej pory Bakken stało się ulubionym celem wycieczek mieszkańców Kopenhagi. Bakken to wesołe miasteczko, park i las w jednym. To wyjątkowe miejsce z kilku powodów. Po pierwsze, można tu przyjechać na karuzelę albo na obiad na świeżym powietrzu. Wstęp do Bakken jest wolny, a leśne okolice doskonale sprawdzą się jako miejsce na piknik.

Po drugie, lunapark zachował swoją historyczną aurę. Można się tu przejechać oryginalną kolejką górską (drewnianą, a jakże) z 1932 roku, a w teatrze – działającym nieprzerwanie od 1877 roku – aktorki kabaretowe wyśpiewują te same frywolne piosenki, które bawiły publiczność ponad 100 lat temu.

Po trzecie, w Bakken nie uświadczymy wielkoformatowych reklam, neonów ani sklepów należących do światowych korporacji. Jeśli przekąska, to w małym rodzinnym barze, pamiątka – tylko z prywatnego straganu. Nie oznacza to jednak, że Bakken to skansen. Znajdziemy tu mnóstwo nowoczesnych urządzeń: kolejek górskich, kin 5D, strzelnic laserowych, gigantycznych karuzel i huśtawek dla młodzieży o żołądkach ze stali.

Na koniec warto dodać, że w lunaparku spotkamy niemal wyłącznie Duńczyków. Jakimś cudem turyści rzadko tu zaglądają. Wolą zostać w centrum Kopenhagi i odwiedzić drugi w kolejności najstarszy lunapark świata.


2/4 KOPENHAGA, TIVOLI - lunapark i elegancki miejski ogród

fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com

Jego niezaprzeczalną zaletą jest położenie – w centrum Kopenhagi, pomiędzy głównym dworcem kolejowym a ratuszem. Działa od połowy XIX wieku. Podobno jego założyciel Georg Carstensen przekonał króla do przekazania mu terenów pod lunapark jednym zdaniem: „Gdy ludzie bawią się dobrze, nie myślą o polityce”. I dołożył wszelkich starań, aby goście zatracali się w zabawie. Park od początku oferował mnóstwo atrakcji – od karuzel i kolejek, przez liczne restauracje, kawiarnie i ogrody kwiatowe (oświetlone ponad 120 tys. lamp!), po wyrafinowane koncerty, regularne wieczory taneczne, przedstawienia teatralne czy pokazy sztucznych ogni.

W Tivoli można przejechać się jedną z najstarszych kolejek górskich na świecie (z 1914 roku, projektu samego LaMarcusa Adny Thompsona, wynalazcy tego urządzenia) i pokręcić się 80 m nad ziemią na gigantycznej, wzniesionej w 2006 roku karuzeli. Jednak najmocniejszym punktem lunaparku jest jego sala koncertowa. I nie chodzi tu nawet o gigantyczne słonowodne akwarium tworzące ścianę foyer, lecz o dobór wykonawców. Tutaj występują tylko najlepsi: gwiazdy muzyki klasycznej, baletu czy teatru naprzemiennie z wykonawcami muzyki popularnej, takimi jak Lady Gaga czy Elton John. 


3/4 WIEDEŃ, PRATER i jego iście diabelski młyn

fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com
fot. Shutterstock.com

Pamięta on jeszcze damy w gorsetach i panów z wypomadowanymi wąsami, a wewnętrzne ściany jego gondol pokrywa „miłosne graffiti” wykonane przez zakochane pary w ciągu ostatnich stu lat. Słynny diabelski młyn ufundowany został przez cesarza Franciszka Józefa w 1897 roku. Amatorzy stylu retro będą z wizyty na Praterze bardzo zadowoleni. Przejażdżka liczącym niemal 80 lat, miniaturowym pociągiem ciągniętym przez maleńką replikę lokomotywy – na pewno mocno ich rozczuli. Tym bardziej że jest to chyba najlepszy sposób na zwiedzanie parku.

Trasa, wiodąca główną aleją parku, ma 4 km długości, a jej pokonanie zabiera 20 minut – jest więc sporo czasu, żeby dobrze się porozglądać. Bardzo „retro” poczujemy się na zjeżdżalni saneczkowej z lat 50. i na starannie odrestaurowanej, klasycznej karuzeli łańcuchowej Luftikus z przełomu XIX i XX wieku. Nawet wejście do lunaparku przebudowano tak, by przywrócić mu wygląd sprzed wieku.

A jeśli retro to nie nasza bajka? Jeżeli chcemy radosnych wrzasków i gęsiej skórki? Proszę bardzo – amatorzy mocnych wrażeń szaleją z prędkością 60 km/h na 117-metrowej karuzeli(drugiej pod względem wysokości na świecie!) i innych „diabelskich” wynalazkach o wdzięcznych nazwach: Bungee Jump, Space Shot, Turbo Boost. Panoramiczne widoki Wiednia w cenie przejazdu.


4/4 Zabytkowym wagonikiem do TIBIDABO, BARCELONA

fot. East News, Shutterstock.com
fot. East News, Shutterstock.com
fot. East News, Shutterstock.com

Już samo dotarcie do barcelońskiego lunaparku jest przeżyciem. Wagonik z mozołem wspina się na strome wzgórze wzdłuż szpaleru pięknych, modernistycznych willi, trzeszcząc i podzwaniając. Idealny wstęp do popołudnia wśród kolejek górskich i karuzel! Jednak to nie one są tu głównymi gwiazdami. Ani ogromna niemal stuletnia Talaia, ani słynny Avio Ride – symulator lotu samolotem z 1928 roku (kopia pierwszego samolotu, który pokonał trasę Barcelona – Madryt) nie wzbudzają tyle emocji co... Muzeum Automatów. To zupełnie wyjątkowe miejsce – nigdzie na świecie nie ma tak wielkiego zbioru starych i wciąż działających automatów. Najciekawsze są te najstarsze, lekko makabryczne, z ruchomymi scenkami ukazującymi np. egzekucję gilotyną! Ale proszę się nie martwić – są też niewinni akrobaci i wygrywające wesołe melodie orkiestry, przepowiadające przyszłość Cyganki, mechaniczne damy, tańczące klauny i dioramy zachwycające precyzją wykonania. Wszystko to z końca XIX i początku XX wieku, zachowane w idealnym stanie. Wystarczy wrzucić monetę, żeby przenieść się w fantastyczny i mocno już zapomniany świat sprzed ery gier wideo. 

fot. Profimedia

Gorąco polecamy tę podróż. I to jak najszybciej, bo złota era lunaparków już dawno minęła. Gry komputerowe i kryzys ekonomiczny zrobiły swoje, są nawet pierwsze ofiary – lunapark Vidam w Budapeszcie przestał istnieć ponad rok temu. Większość należących do niego urządzeń zdemontowano i odsprzedano. Te najstarsze i najbardziej wartościowe przejęło pobliskie zoo. Nie wiadomo, co na nowe, dość hałaśliwe sąsiedztwo powiedzą strusie, wielbłądy i flamingi. Kiedyś to menażerie były dodatkami do lunaparków, a nie odwrotnie. 

reklama
reklama

Zostań z nami

Bądź na bieżąco