- W podróży
Wiosenne narty w Lienz. Słońce, dolomickie widoki i słynne lody
Nie jest największy, nie jest najbardziej znany, nie ma tu futurystycznych gondoli ani stoków o długości maratonu. A jednak, gdy człowiek tu przyjeżdża, zaczyna rozumieć, że w narciarstwie, tak jak w życiu, liczy się nie ilość, tylko charakter.
Kto wybiera się na marcowe narty, powinien wziąć sobie tę miejscówkę pod rozwagę (wyciągi kręcą w Lienz do końca marca). Kto już zamknął sezon, niech wpisze koniecznie przypominajkę do jesiennego kalendarza, gdy będzie planować wyjazd w przyszłym sezonie.
To miasto, które stoi na styku kultur. Tyrol Wschodni, ale z dolomicką duszą. Austriacka precyzja, ale włoskie światło. Surowe skały, ale miękkie, słoneczne stoki. Tę niezwykłą mieszankę najlepiej definiuje Silvano Soravia, prowadzący znaną nie tylko w Lienzu lodziarnię w centrum miasta. Pochodzi z Perugii, przez długi czas mieszkał w Stuttgarcie. Dla niego Lienz jest symetrycznym środkiem: południowy styl z północnym zamiłowaniem do porządku.
Po dniu spędzonym na nartach wielu narciarzy robi tu jeszcze jeden przystanek właśnie na włoskie gelato. To drobiazg, ale dobrze pokazuje charakter miasta: alpejski kurort z wyraźnym południowym temperamentem.
Narciarstwo w stylu slow
Ta nieuchwytna atmosfera wyczuwalna jest również w restauracjach i schroniskach na stokach, która sprawia, że po pierwszym dniu jazdy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy, mając karnet Ski Hit Osttirol na 6 dodatkowych ośrodków ( Großglockner Resort Kals-Matrei, St. Jakob im Defereggental – Brunnalm, Sillian – Thurntaler, Obertilliach – Golzentipp oraz w Karyntii Mölltaler Gletscher i Ankogel – Mallnitz - w sumie na blisko 170 km nartostrad) nie pojeździć w Lienz dłużej niż 1- 2 dni.
Bo w samym Lienz, na masywie Zettersfel jest raptem 22 km tras. Trochę wymagających czerwonych z ciekawymi stromiznami, ale większość to niebieskie. Świetne na rodzinne narciarstwo, z licznymi przerwami na opalanie, lanczyki z widokiem na bajecznie piękne Dolomity Lienzkie. To jak ferie w Białce czy Szczyrku, ale dwa razy wyżej niż w naszych stacjach narciarskich. Zettersfeld to teren, który mógłby być wizytówką narciarskiego „slow life”.
Niepowtarzalne trasy
Od kilku sezonów zamknięte są niestety trasy po drugiej stronie doliny na masywie Hochstein. A szkoda, bo jest stromy, wymagający, techniczny. To tu rozgrywano zawody Pucharu Świata. Czasem widać na nim trenujących zawodników z kadr narodowych różnych krajów, ale dla narciarzy rekreacyjnych jest niedostępny.
Jednak dla pożeraczy tras Zettersfeld nie będzie rozczarowaniem. Te czerwone nartostrady naprawdę potrafią dać w kość komuś, kto nie zwozi się z blisko 2300 m npm na nieco ponad 1600 m npm tylko uczciwie ciśnie na krawędzie od początku do końca trasy. Zettersfeld jest zaskakująco rozległy. Niby 22 km nartostrad, ale ma się wrażenie, że tereny do szusowania są co najmniej dwa razy większe. Zettersfeld rozlewa się szeroko, ośrodek nie męczy powtarzalnością.
No i te Dolomity...
W Lienz góry nie są tłem. One są bohaterem. Mają w sobie coś teatralnego – ostre krawędzie, pionowe ściany, światło, które zmienia się jak scenografia. To tu widać najlepiej, jak bardzo Lienz jest „dolomicki”. Skały mają tę samą pastelową barwę, światło odbija się od nich tak samo jak w Val Gardenie, a panoramy są tak szerokie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę jest w ośrodku, który na papierze ma raptem 22 kilometrów tras.
Kiedy słońce zachodzi, skały robią się pomarańczowe, a całe miasto wygląda jak kadr z filmu. To nie jest przypadek. Lienz jest jednym z najbardziej słonecznych miast Austrii, a światło jest tu tak intensywne, że nawet zimą człowiek ma wrażenie, że ktoś podkręcił saturację.
Miasteczko jak z filmowych kadrów
Lienz ma ponad tysiąc lat historii, ale nie epatuje nią na każdym kroku. To nie jest skansen. To miasto, które żyje – z rynkiem pełnym ludzi, z kawiarniami, które wieczorem są pełne, z uliczkami, które wyglądają jak plan filmowy. Ten klimat buduje Schloss Bruck – XIII-wieczny zamek z muzeum i obrazami Eggera-Lienza, lokalnego malarza, który potrafił uchwycić Tyrol Wschodni tak, że człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego tu się żyje inaczej. Liebburg to pałac na rynku, który wygląda jakby ktoś go zaprojektował specjalnie pod zdjęcia. No i historyczne centrum - wieczorem ma klimat, który trudno opisać, a łatwo poczuć.
Ciszej nad tym Chrystusem
Prawdziwą atrakcją jest kaplica pamiątkowa, znajdująca się przy gotyckim kościele St Andrä, zbudowana na początku lat dwudziestych XX wieku. Fundatorzy mieli nadzieję na pomnik wojenny, gloryfikujący chwałę oręża cesarskiego wojska. Jednak Albin Egger-Lienz wzniósł pomnik przeciwko I wojnie światowej, z wychudzonym Jezusem Chrystusem. Wywołało to ogromny skandal, który dotarł aż do Watykanu.
Nie mniejszą burzę wywołało malowidło Chrystusa nad wejściem do kaplicy. Jedni twierdzili, że Jezus wygląda tam „zbyt cielesnie”. Ktoś kiedyś dopatrzył się czegoś, co nazwał „erekcją”. Ktoś inny – że Chrystus jest bez brody, co dla wielu było wręcz obrazoburstwem.
Tymczasem prawda jest bardziej subtelna. W ikonografii chrześcijańskiej istnieje bardzo stara tradycja przedstawiania Chrystusa młodzieńczego, bez brody. To nie błąd, nie prowokacja, nie skandal. To echo wczesnochrześcijańskich wzorców, które przetrwały w sztuce. Dla znawców malowidło nie jest jest kontrowersyjne. Ale fresk stał się częścią lokalnej legendy.
Luskusowe pierniki i owocowe procenty
Na Messingasse, uliczce w centrum wyglądającej niczym adwentowy jarmark, znajdźcie destylarnię sznapsa Rudolfa Schwarzera , wytwarzającego Preglera – to oryginalny sznaps z tego regionu, pędzony z jabłek, gruszek i śliwek. Ale Pregler to tylko jeden ze specjałów przechowywanych w piwnicy Rudolfa Schwarzera. Jego najnowszym eksperymentem jest "bitters", czyli sznaps wytwarzany na przykład z wermutu lub alpejskich ziół.
Kilka kroków dalej, na lienzkim rynku koniecznie zajrzyjcie do City Café Glanzl. To jedna z trzech cukierni, które produkują Lienzer Lebzelt, luksusową wersję piernika, aromatyzowaną miodem, żurawiną, orzechami laskowymi i przyprawami. Przepis pochodzi z XVII wieku. Na koniec ciastko pokrywane jest warstwą marcepanu z wytłoczonym zamkiem Bruck.
Passegiata w wersji lienzkiej
Lienz to nie jest ośrodek, w którym po zamknięciu wyciągów zapada cisza. Tu dopiero zaczyna się drugi akt. Nocne życie w mieście ma swój alpejski, lekko imprezowy klimat, ale to bardziej „stylowe après-ski” niż głośne kluby do rana. Lienzkie wieczory kręcą się wokół małych barów, pubów i lokali z muzyką na żywo. W centrum wszystko jest blisko siebie, więc łatwo przejść z jednego miejsca do drugiego.
Wieczorne Lienz ma w sobie coś z włoskiej passeggiata: spacer między kawiarniami, krótkie przystanki na kieliszek wina, rozmowy na rynku, który nawet zimą potrafi wyglądać jak plan filmowy. W barach słychać mieszankę języków, ale atmosfera pozostaje lokalna, swobodna, ciepła, bez zadęcia. Après-ski ma tu zupełnie inny charakter niż w wielkich ośrodkach: mniej hałasu, więcej stylu. To raczej spotkanie przy dobrym drinku niż impreza do rana.
Fot. J. Kałucki