- W podróży
Obertauern. Najbardziej „francuska” stacja narciarska w Austrii. Trasy i legendarne après-ski
W Obertauern narty zaczynają się pod drzwiami hotelu i kończą dokładnie tam, gdzie chcesz. Bez skibusów, bez dojazdów, bez logistyki. To austriacka stacja, która działa jak francuski resort: wysoko, śnieżnie, kompaktowo i z trasami, które potrafią sprawdzić charakter narciarza: od płynnych ringów Tauernrunde po legendarną ścianę Gamsleiten 2.
Jest wysoko i kilka kroków z hoteli na stoki. Narciarz ma tu wrażenie, że świat został zaprojektowany specjalnie dla niego. Z francuskim ski in – ski out, ale z austriacką organizacją i kuchnią.
Obertauern to taki narciarski wyjątek, który Austriacy powinni opatentować, a Francuzi pozwać za plagiat. Bo jeśli gdzieś w Alpach znajdziecie austriacką wersję Trzech Dolin, Alpe d’Huez czy Les 2 Alpes, to właśnie tutaj: wysoko, śnieżnie, kompaktowo i z tym cudownym poczuciem, że zawsze się jest na stoku, nawet tylko w drodze po bułki do sklepu. Dlatego nawet w szczycie sezonu w dolnych stacjach nie ma kolejek, bo dolnych stacji wyciągów, niemal wjeżdżających do hoteli i apartamentów, jest aż dwanaście.
To jest Austria, ale z francuskim twistem: zero dojazdów, zero skibusów, zero kombinowania. Wychodzisz z hotelu, zapinasz narty i jedziesz. Wracasz? Zjeżdżasz pod drzwi. Nie ma tej klasycznej austriackiej logistyki „tu gondolka, tam krzesełko, a potem albo skibus, albo jeszcze 300 metrów spaceru w butach".
Ale i na odwrót. To jest Francja, ale z austriackim sposobem zakwaterowania. Takie jest pierwsze wrażenie, gdy wraca się spod drapieżnych szczytów i bezkresnych nartostrad nie do klitkowatych pokoi przypominających powierzchnią pudełka po butach, lecz do przestronnych hotelowych pokoi lub klimatycznych, wygodnych apartamentów.
Jak się tam jeździ na nartach?
Płynnie. Obertauern to jeden wielki, perfekcyjnie zamknięty narciarski ring. Można przez cały dzień jeździć po nasłonecznionych stokach lub szukać, zwłaszcza wiosną, takich miejsc, gdzie śnieg jest zmrożony, a trasy szybkie. Podążając Tauernrunde, można objechać całą stację zgodnie z ruchem wskazówek zegara albo pod prąd, nie powtarzając ani jednej trasy. Na taką wyprawę w jedną stronę trzeba zaplanować cały narciarski dzień, z obowiązkowym przystankiem w którymś ze schronisk na stoku. Orientacja w terenie nie jest konieczna, bo niemal przez cały czas widać w dole miejscowość.
Ale Tauernrunde to tylko 15 km z tutejszych 100 km nartostrad (dla porównania Sella Ronda w Dolomitach to 25 km). Nartostrady w Obertauern są przeważnie średnio trudne, dla zaawansowanych narciarzy idealne do szybkiej jazdy i długich skrętów. Ale spokojnie poradzą sobie tu również ci narciarze, którzy niechętnie wjeżdżają na czerwone trasy.
Choć to jedna z najwyżej położonych stacji w Austrii, bo jeździ się tu od 1750 m n.p.m (na której to wysokości leży miejscowość). do 2300 m n.p.m.. Dodatkowo śnieg jest tu, zanim pojawi się gdziekolwiek indziej, to niemal wszystkie trasy są dośnieżane.
Legendarna alpejska ściana
Jedna tylko nie ma sztucznego śniegu. To Gamsleiten 2. Nie nazwano jej Harakiri, jak w Zillertalu, czy Kamikaze, jak w Serfaus Fiss Ladis. Ale wystarczy tylko rzucić okiem na zdjęcia w folderach reklamowych, gdzie zawsze się pojawia, gdy trzeba pokazać jedną z najtrudniejszych tras w Alpach. A wyciąg kanapowy na tle Gamsleitenspitze, wielkiej śnieżnej piramidy, wygląda jakby był windą wjeżdżającą niemal pionowo na szczyt.
To crème de la crème Obertauern. O Gamsleiten 2 każdy narciarz mówi z nabożnym szacunkiem, a wspomina z lekkim drżeniem łydki. To jedna z najbardziej stromych, oficjalnie przygotowanych tras w całej Austrii. Tu grawitacja jest bardzo konkretna. Stoisz na górze, patrzysz w dół i nagle rozumiesz, dlaczego w Obertauern nie ma potrzeby budować parku adrenaliny. Ten stok sam jest atrakcją. Ta trasa, jak słynny Tunnel w Alpe d’Huez, nie wybacza błędów, ale za to daje to bezcenne poczucie zdanego egzaminu z umiejętności jazdy na nartach, zwłaszcza gdy z góry podjeżdża się pod dolną stację wyciągu, by powtórzyć zjazd. Szacunek w oczach obsługi kanapy jest nieskrywany.
Gamsleiten 2 ma jeszcze jedną cechę, o której nie mówi się głośno, bo Austriacy wolą, żeby to zostało w kategorii „dla wtajemniczonych”. Mniej więcej w połowie ściany, tam gdzie stok na chwilę przestaje być pionowy, a zaczyna być tylko bardzo stromy, pojawia się wąska ścieżka między skałkami. I właśnie tam freeride’owcy odbijają z wytyczonej trasy. Znikają między głazami, jakby wchodzili do innego wymiaru, takiego, w którym obowiązuje tylko jedna zasada: „jak już skręcisz, to jedź, nie myśl”.
Schroniska, czyli Austria w najlepszym wydaniu
Schroniska na stoku są jak z pocztówki: drewniane, przytulne, z piecem kaflowym i zapachem czegoś, co właśnie wyszło z pieca. Wchodzisz tylko na chwilę, a wychodzisz godzinę później, bo Gruberstadl kusi Kaiserschmarrnem, który mógłby dostać własny paszport. Hochalm to klasyka gatunku: drewniane belki, taras z widokiem i kelnerzy, którzy wiedzą, że narciarz nie ma czasu na filozofię. Kringsalm to miejsce, gdzie człowiek zaczyna wierzyć, że speck i ser to pełnowartościowy posiłek sportowca, a w Treff 2000 Hütte porcja żeberek wygląda jakby pochodziła od jakiegoś zwierzęcego monstrum.
Après-ski, czyli Obertauern jak Vegas
Kiedy słońce chowa się za grzbietem, a na stoki ruszają ratraki, Obertauern przełącza się w tryb „nocne życie”. I to nie jest zwykłe après-ski. To jest austriacki odpowiednik Las Vegas. A najlepsze miejscówki na après-ski to nie są żadne „instaspots”, tylko żywe, głośne, pachnące śniegiem i drewnem bary, w których człowiek przypomina sobie, że życie jest po to, żeby się trochę pobawić.
Après-ski w Mühle w Obertauern to czysta, nieskomplikowana radość po całym dniu na stoku. I ważne: to nie jest żadna trasa po barach, żaden „mile walk”. To jeden konkretny bar, który po prostu tak się nazywa. W którym ludzie tańczą w butach narciarskich, jakby to było najbardziej naturalne środowisko człowieka, DJ gra tak, jakby jutro miało nie być, a piwo smakuje jak nagroda za przeżycie Gamsleiten 2.
Lürzer Alm to klasyk. Drewniane wnętrze, atmosfera jak z alpejskiego filmu i tłum ludzi, którzy przyszli „na chwilę”, a wychodzą, kiedy już naprawdę muszą. W Edelweissalm mamy après-ski z widokiem, muzyką i klimatem, który sprawia, że człowiek zapomina, że jutro też chciał jeździć.
Jeśli Mühle jest dzikie, a Lürzer Alm kultowe, to Gruber Stadl jest po prostu jak Austria w pigułce. Drewniana stodoła, muzyka, która niesie się po całej okolicy, i ten moment, kiedy wchodzisz tylko po jedno piwo, a kończysz na stole, śpiewając z Austriakami, których nie znasz.
Ale kto nie lubi tej czasem wymuszonej euforii, niczym w Sylwestra, że i on, i jego auto są o rok starsze, znajdzie wiele zacisznych miejsc, ot choćby takie jak piwniczka hotelu Zehnerkar. Świetne austriackie wina: biały Grüner Veltliner czy czerwony Blaufränkisch lub Zweigelt, a do tego Wildererspieß – marynowane mięsa z sosem grzybowym, ziemniaczkami z pietruszką, bukietem sałat i lokalnym sznapsem, podane na miniaturowym ruszcie. Zmysł wzroku i smaku będą zgodne – to kulinarne dzieło sztuki.
Fot. J. Kałucki