werandcountry.pl weranda.pl astromagia.pl
  • W podróży

Jesienny reset w Augustowie i nad Wigrami. Kajaki, czarna bania i puste szlaki po sezonie

autor: Tomasz Nowak
Obserwuj nas w Google

Kiedy znikają wakacyjne tłumy, Augustów i okolice Wigier pokazują zupełnie inne oblicze. Zostają jeziora, puszcza, klasztor górujący nad wodą, kajaki na Czarnej Hańczy i czarna bania, po której lodowata rzeka działa jak najlepszy reset. Jesień jest tu porą dla tych, którzy zamiast atrakcji na każdym kroku szukają ciszy, przestrzeni i miejsc z charakterem.

Latem 1965 roku w Augustowie wypoczywał niespełna 20-letni, przystojny, wrażliwy muzyk. Odwiedził akurat niedawno otwartą restaurację „Albatros”, będącą centrum życia towarzyskiego kurortu, eleganckim miejscem, gdzie odbywały się dancingi z muzyką na żywo, przestrzenią spotkań pierwszych kuracjuszy uzdrowiska, turystów i lokalnej śmietanki towarzyskiej.

Muzyk, którym był Janusz Laskowski, zwrócił wówczas uwagę na grupę dziewcząt, uczennic szkoły gastronomicznej odbywających praktyki w restauracji. Letnia atmosfera, ciepłe, jasne noce i rejsy po jeziorze Necko przyprawiły artystę o zawrót głowy. To upojenie zaowocowało miłością od pierwszego wejrzenia, która na wieki została uwieczniona w balladzie. Sprawczyni zamieszania na imię było Beata:

„Siedem dziewcząt z Albatrosa, tyś jedyna,

Dziś pozostał mi po tobie smutek, żal.

Miałaś wtedy siedemnaście lat dziewczyno,

W Augustowie pierwszy raz ujrzałem cię...”

Tak brzmi początek znanej wszystkim piosenki.

Wielbiciele talentu artysty twierdzili, że postać Beaty była jedynie poetycką metaforą ulotnej, niespełnionej wakacyjnej miłości. Sam Janusz Laskowski konsekwentnie odmawiał podania nazwiska wybranki, ucinając dociekania stwierdzeniem, że spotkanie i zauroczenie były prawdziwe, ale reszta to jego tajemnica.

Dziś Beatę możemy odnaleźć obok schodów restauracji „Albatros”. Siedzi na ławeczce z brązu i wypatruje utraconej miłości. Restauracja przetrwała zmiany ustrojowe i funkcjonuje do dziś. Serwuje gościom nie tylko regionalne dania, ale także nostalgiczną, nieco PRL-owską atmosferę.

Zobacz nasze materiały wideo

Lodowiec i wieczna zmarzlina

Pojezierze Augustowskie to jeden z najbardziej wyrazistych i stosunkowo dobrze nasączonych wodą regionów północno-wschodniej Polski. Stanowi część Pojezierza Litewskiego. W regionie, który liczy 1 170 km², jest około 50 jezior. Porasta go Puszcza Augustowska – drugi co do wielkości zwarty kompleks leśny w kraju – o powierzchni 1 140 km². Pojezierze przecina Kanał Augustowski, łączący dorzecza Wisły i Niemna, o długości 101,2 km, z których 80 km leży w granicach Polski, a reszta na Białorusi. Aż 18 śluz niweluje pięćdziesięcioczterometrową różnicę poziomów między końcami kanału. Największym i najgłębszym jeziorem regionu są Wigry o powierzchni 21,7 km² (2 166 ha) i głębokości 73 m(jezioro Hańcza leży już poza Pojezierzem).

Pojezierze Augustowskie to polska Syberia. Jest to jedno z najzimniejszych miejsc, gdzie okres wegetacyjny jest krótszy o 20–30 dni niż w Polsce centralnej czy zachodniej. Zawdzięczamy to wpływom kontynentalnym, bo raczej trudno zwalić winę na jedyną krajową wieczną zmarzlinę, której pokłady znajdują się 357 m pod poziomem gruntu.

Pojezierze Augustowskie swój krajobraz zawdzięcza potężnemu lądolodowi skandynawskiemu. Region ten został ukształtowany podczas ostatniego zlodowacenia, zwanego zlodowaceniem Wisły, które ustąpiło stąd zaledwie kilkanaście tysięcy lat temu. Cofający się lód działał jak gigantyczny rzeźbiarz, pozostawiając po sobie dzieło pełne wzgórz, głębokich rynien i rozległych piaszczystych równin.

Kiedy lodowiec topniał, spływające z niego rwące rzeki niosły ze sobą ogromne ilości piasków i żwirów. Osadzały się one na przedpolu lodowca, tworząc rozległą, płaską równinę.

Pod lodowcem również płynęły rzeki. Dzięki ogromnemu ciśnieniu miały one niszczycielską siłę. Wyrywały w ziemi głębokie, wąskie i długie rynny. Gdy lód stopniał, wypełniły się wodą. W ten sposób powstały m.in. najgłębsze jeziora regionu, takie jak Hańcza (na pobliskiej Suwalszczyźnie) oraz jeziora augustowskie: Białe Augustowskie, Necko czy Sajno.

Na północ od Augustowa (w stronę Suwałk) czoło lodowca zatrzymywało się na dłużej. Tam z topniejącego lodu osypywał się drobny materiał skalny, glina i głazy, tworząc wały tak zwanej moreny czołowej. To stąd wziął się falisty krajobraz tej części regionu.

W pewnym sensie to dzięki lodowcowi powstał Kanał Augustowski. Jego twórcy w sprytny sposób wykorzystali naturalny układ jezior rynnowych oraz rzek w dolinach wyrytych przez spływające z lodowca wody. Wystarczyło je połączyć siecią przekopów i wyregulować za pomocą śluz.

Perłą w koronie Pojezierza Augustowskiego jest jezioro Wigry, otulone troskliwie Wigierskim Parkiem Narodowym.

Duży napis #AUGUSTÓW ustawiony nad wodą, otoczony zielonymi drzewami i odbijający się w tafli.
Brązowa rzeźba młodej kobiety siedzącej na ławce obok restauracji Albatros w Augustowie.
Wejście do restauracji Albatros w Augustowie, szerokie schody i pomnik Beaty siedzącej na ławce obok budynku.
Augustów zasłynął dzięki piosence o Beacie z Albatrosa. Przy schodach obecnej restauracji "Albatros" stoi dziś jej pomnik.

Aż nie chce się gadać

Większość wakacyjnych pielgrzymek kapituluje gdzieś na wysokości Mikołajek czy Giżycka, zostawiając za sobą jazgot silników motorówek, wycie skuterów wodnych i hałaśliwe odgłosy relaksujących się tłumów. I bardzo dobrze. Kiedy minie się tablicę z żubrem i wkroczy w granice Wigierskiego Parku Narodowego, powietrze nagle gęstnieje od zapachu żywicy, a decybele spadają do poziomu, w którym wyraźnie słychać szelest trzcin, szum liści i pluskanie ryb w krystalicznie czystej wodzie. Jesienią prawie zupełnie znika turystyczna szarańcza, oddając lasy i jeziora we władanie tych, którzy wolą ciszę i własne towarzystwo, urozmaicone jedynie przez piękno przyrody i spotkania z licznymi dzikimi zwierzętami.

Gdyby surowa reguła milczenia nie obowiązywała kamedułów zawodowo, widok z klasztoru na cyplu jeziora i tak odebrałby im mowę. To król Jan II Kazimierz Waza sprowadził zakonników na te tereny i przekazał zakonowi wyspę na jeziorze Wigry. Ci urządzili tam pustelniczy erem (Eremus Insulae Vigrensis). Wyspa i odludne tereny wokół sprzyjały izolacji, modlitwie i pokucie. Z biegiem lat zakonnicy oraz późniejsi gospodarze prowadzili prace hydrotechniczne i usypali groblę łączącą dawną wyspę ze stałym lądem.

Dziś pokamedulski klasztor wznosi się nad wodą niczym barokowy okręt, który jakimś cudem osiadł na mieliźnie pośród puszczy. Spacerując między zrekonstruowanymi eremami, trudno nie uśmiechnąć się pod nosem na myśl o zakonnikach, którzy z własnej woli zamknęli się w celach, by kontemplować wieczność, mając za oknem krajobraz tak zmysłowy, że trudno odgonić heretyckie myśli.

Dziś klasztor i eremy można zwiedzać. W kilku samotniach utworzono ekspozycje nawiązujące do życia zakonników. Można też wynająć samotnię na zasadach hotelowych, by sprawdzić, czy odnajdujemy się w życiu ascety. Warto wdrapać się na wieżę zegarową i spojrzeć na niesamowitą panoramę jeziora i Puszczy Augustowskiej.

Na terenie Pokamedulskiego Zespołu Klasztornego w Wigrach znajduje się hotel, a w dawnym Domu Królewskim udostępniono do zwiedzania autentyczne apartamenty, w których w 1999 roku podczas pielgrzymki mieszkał papież Jan Paweł II.

Dziedziniec Pokamedulskiego Zespołu Klasztornego w Wigrach z białymi eremami, czerwonymi dachami i wieżą zegarową.
Pokamedulski Zespół Klasztorny w Wigrach góruje nad jeziorem. Dawne eremy można dziś zwiedzać, a w części z nich także nocować.

Kryminalne zagadki lądolodu

Żeby dobrze zrozumieć, dlaczego na Pojezierzu Augustowskim jest tak pięknie, trzeba zobaczyć, o co chodzi z geologią tego miejsca. W tym celu trzeba odbić na północny brzeg jeziora, do miejscowości Stary Folwark.

Tutejsze Muzeum Wigier – urządzone w murach dawnej, przedwojennej stacji hydrobiologicznej – jest rzadkim przykładem instytucji, która nie jest zakurzonym gabinetem osobliwości z wypchanymi sowami patrzącymi szklanym wzrokiem w nicość. Zamiast taniej jarmarcznej rozrywki dostajemy błyskotliwą, niemal kryminalną opowieść o tym, jak cofający się lądolód skandynawski poszatkował ten teren, zostawiając po sobie moreny (warstwy osadów), ozy (piaszczyste wały) i kemy (pagórki), a w zagłębieniach – bezodpływowe, dystroficzne oczka wodne zwane sucharami. To właśnie w tych brunatnych, kwaśnych wodach, otoczonych pływającym kożuchem roślin torfowiskowych, czas zwalnia najbardziej.

W muzeum ekosystem przestaje być abstrakcją z podręcznika biologii, a staje się złożoną maszynerią, w której każde zwierzę czy roślina jest elementem odpowiedzialnymi za współistnienie. Na końcu ekspozycji znajdziemy nagrane rozmowy z mieszkańcami puszczańskich osad, którzy nie uzurpowali sobie prawa do stania na szczycie piramidy troficznej, aby uczynić ziemię sobie podległą, a wrośli w nią, stali się elementem leśnej społeczności.

Drewniana tablica z napisem „Buda Ruska 16, Galeria Fotografii, Ciasto, Kawa” przy pomoście wśród wysokich trzcin i turystka wyglądająca zza tablicy.
Buda Ruska 16 to niezwykły przystanek nad Czarną Hańczą, z galerią fotografii, domowym ciastem, kawą i tradycyjną czarną banią.

Czyściec i przejrzysty nurt

Woda w Wigierskim Parku nie znosi bezruchu. Podczas gdy samo jezioro Wigry o linii brzegowej poskręcanej jak pępowina zachęca do kontemplacji i odpoczynku, to wesoło meandrująca Czarna Hańcza narzuca zupełnie inny rytm, zachęcający do poruszania się z jej biegiem.

Na kajaku człowiek szybko uczy się pokory wobec powalonych pni i nurtu, który narzuca wiosłującemu decyzje. Rzeka wije się przez szuwary, raz leniwie, a za chwilę całkiem żwawo, odsłaniając podwodne łąki rdestnic i ramienic zatopione w przejrzystym jak szkło cieku.

Gdy w okolicach Czerwonego Folwarku opuścimy Wigry i ruszymy z biegiem Czarnej Hańczy na południowy wschód przez Puszczę Augustowską ku Kanałowi Augustowskiemu i granicy z Białorusią, po kilku kilometrach trafimy na pomost z tablicą Buda Ruska 16. Warto się przy nim zatrzymać. To adres kultowej przystani kulturalno-turystycznej – popularne miejsce na przerwę w spływie, na herbatę, domowe ciasto lub warsztaty fotograficzne i ewentualny nocleg.

Znajduje się tam drewniane siedlisko z lat 20. XX wieku, prowadzone przez fotografa i podróżnika Piotra Malczewskiego wraz z żoną Agnieszką, a w nim Galeria Fotografii i Muzeum Mongolii urządzona w zaadaptowanym dawnym chlewie („Chlewogaleria”), prezentująca autorskie fotografie z Suwalszczyzny, Syberii, Bajkału czy Mongolii oraz pamiątki z wypraw, i co równie ważne, czarna bania – tradycyjna łaźnia parowa opalana drewnem.

Buda Ruska to wieś z rodowodem staroobrzędowców – uciekinierów z XVII-wiecznej carskiej Rosji, którzy w tych głuchych lasach znaleźli schronienie przed religijnymi reformami patriarchy Nikona. Bania to jeden z niewielu reliktów, które po sobie pozostawili.

Czarna bania bezlitośnie weryfikuje współczesne, hotelowe wyobrażenia o strefach wellness. Tutaj nie ma chromowanych baterii, zapachowych olejków o aromacie eukaliptusa ani sączącej się z głośników muzyki relaksacyjnej. Jest piec z polnych głazów, opalany drewnem olchowym tak długo, aż kamienie zaczną żarzyć się na wiśniowo, a dym – z braku komina – osiądzie czarną, aksamitną sadzą na ścianach z grubych bali, i oczyszczające rozmowy, które można prowadzić jedynie w bani.

Rytuał wymaga odrzucenia nie tylko ubrań, ale i wielkomiejskich póz. W gęstej, gorącej parze smaga się plecy brzozowymi lub dębowymi witkami, a gorąc wciska się pod skórę z intensywnością, która graniczy z mistycznym oczyszczeniem. Kiedy po kwadransie w tym pachnącym dymem czyśćcu wybiega się boso na wilgotną trawę, by z impetem zanurzyć rozgrzane ciało w lodowatych wodach Czarnej Hańczy, układ nerwowy przechodzi twardy restart. Wokół zapada zmierzch, nad łąkami podnosi się mgła, a w powietrzu unosi się zapach spalonego drewna, ściółki i błotnistej nadrzecznej ziemi.

Rozległa tafla jeziora Wigry pod błękitnym niebem z dużymi białymi chmurami, w tle zalesiony brzeg.
Jezioro Wigry jest sercem Wigierskiego Parku Narodowego. Jesienią nad wodą robi się znacznie ciszej i właśnie wtedy najlepiej czuć charakter tego miejsca.

Osiągnąć spokój

Pojezierze Augustowskie i Wigierski Park Narodowy nie potrzebują fajerwerków ani spektakularnych punktów widokowych. Ich siła tkwi w tym, co nienazwane: w zderzeniu lodowatej wody z żarem bani, w cichym majestacie kamedulskich murów, szumie liści, plusku wody i w świadomości, że kilkaset metrów dalej, w mrocznym mateczniku puszczy, wilki i bobry prowadzą swoje sprawy dokładnie tak samo, jak robiły to tysiąc lat temu. Trzeba tylko wyłączyć powiadomienia w telefonie i pozwolić, by surowy, północny spokój zrobił resztę.