• W podróży
  • Europa

Apulia - przewodnik po sennej krainie

autor: Weranda Weekend | 4 listopada 2015
  • Włochy
  • Perugia-Sant'Egidio
  • Włoski
  • Euro

Na obcasie Włoskiego Buta czeka na nas malownicza kraina niezadeptana jeszcze przez turystów. 

Każdy podróżnik zadaje sobie pytanie: jaka pora jest najlepsza na poznawanie nowych miejsc? Po latach doświadczeń i głębokich przemyśleń mogę powtórzyć to, co sama kiedyś usłyszałam – każda, byle po lekkim, dobrym obiedzie (albo kolacji)… Ostatni łyk wina wypity, rachunek zapłacony, powoli wstajemy od stołu, rozważając możliwości, temperaturę powietrza, upodobania swoje i osoby towarzyszącej (bo nowe światy najlepiej odkrywać we dwoje) i niespiesznie, bez żadnego planu, ruszamy w drogę. Nie musimy nic, po prostu patrzymy, chłoniemy, wąchamy. Dajemy się ponieść fali, wtapiamy w pejzaż, żyjemy życiem miejsca i ludzi, którzy nas otaczają… Od lat z takim nastawieniem poznaję Europę. Samoloty dolatują już niemal wszędzie i spędzenie weekendu np. w  Apulii nie jest problemem.
 

Shutterstock.com


Właśnie – Apulia! Mało znany, bo biedny, rolniczy zakątek Italii, trochę zapuszczony i senny. Nigdzie nie znajdziecie tylu średniowiecznych miasteczek, prawie w niezmienionym od stuleci kształcie, w których ludzie żyją jak setki lat temu. Widziałam kobiety szorujące przed wejściem do kamieniczki wiekowy bruk z czarnego bazaltu, tak jak u nas czyści się podłogi, bo ten kawałek ulicy to ich dom. Wystarczy wystawić krzesło i już można pogadać z sąsiadami na piętrze czy z naprzeciwka, nie przejmując się przechodniami. Pojechaliśmy tam w chłodnym październiku, tymczasem na lotnisku upał.

Odbieramy samochód, włączamy GPS i jedziemy 60 km do hotelu Il Melograno koło MonopoliUkryty w oliwkowych gajach średniowieczny obronny folwark (masseria) jest niezwykle malowniczy. Białe budynki, mnóstwo pachnących migdałami oleandrów i zjawiskowe, ponad 500-letnie, grube drzewa oliwkowe pięknie podświetlone nocą. Tak wygląda większość starych zabudowań w tej okolicy – coś pomiędzy zamkiem i miasteczkiem. Od XII wieku do portu w Otranto ciągnęły przez Apulię hordy rycerstwa i miejscowi, mając dość wizyt przyszłych obrońców Ziemi Świętej, fortyfikowali swoje domy i kościoły wysokimi murami… Trwały tak przez wieki, potem niszczały, aż zaczęto je przerabiać na hotele czy letnie rezydencje. Il Melograno wzniesiono w XVI wieku. Obecny właściciel jest znanym antykwariuszem, nie dziwi więc, że pokoje urządzono antykami i sztychami. Każdy ma zadaszony zielenią taras, ale najfajniejsze są pokoje w zaułku za urokliwym basenem.
Przez gaje oliwne jedziemy do Alberobello (18 km), wyglądającego jak wielka pasieka albo chaty afrykańskich koczowników. Trulli, okrągłe domki budowane z luźno ułożonego kamienia, mogły być szybko rozebrane i przeniesione w inne miejsce – w ten sposób obchodzono w XVIII wieku cesarski nakaz opłaty za „stałe” domostwa. Warto obejrzeć taki ul od środka – docenić kunszt budowniczych i przyjemny chłód, jaki daje. Z Alberobello blisko do Grotte di Castellana, czyli odkrytej przez pastuszków dziury w ziemi, w którą przez wieki wrzucano śmieci. W 1938 roku na jej dno opuścili się dwaj grotołazi i znaleźli ciągnący się ponad 3 km labirynt najpiękniejszych w Europie grot.
My schodzimy 220 m w dół po stopniach i podziwiamy ogrom wapiennych nacieków, które przez miliony lat utworzyły budowle tak niezwykłe, że najwspanialsze katedry średniowiecza wydają się przy nich dziecięcymi zabawkami. W najsłynniejszej, Białej Grocie człowiek czuje się jak pył, jak mgnienie…
 

Shutterstock.com

W drodze do hotelu zataczamy koło i wpadamy do nadmorskiego miasteczka Polignano a Mare, przycupniętego na białej skale nad lazurowym morzem. Zapada zmrok i główna ulica zapełnia się ludźmi, dziećmi i psami. To passeggiata, czyli tradycyjny wieczorny spacer. Po upalnym dniu całe miasto wychodzi na świeże powietrze: pary przechadzają się pod rękę, wszyscy się sobie kłaniają, głośno gadają. I tak do północy. My znajdujemy małą knajpkę i dopadamy ostatniego wolnego stolika. Obok zastanawia się nad menu jakaś para Anglików z psem. Zwierzak nieregulaminowo trąca mnie nosem. Pan upomina pupila, no i zaczynamy rozmawiać. Od 15 lat mają w okolicy dom, psa zaadoptowali, nie pierwszego zresztą… Po drugiej butelce wina wiemy już, że trafiliśmy przypadkiem do najlepszej knajpki w porcie i gdzie koniecznie trzeba jeszcze zajrzeć…

Dalej jedziemy na koniec Buta autostradą E55 do Otranto. Po drodze wpadamy do Ostuni – miasteczka na białej skale. Stromymi uliczkami pniemy się pod górę, ale widok ze szczytu nagradza wszystko – jest tak kiczowaty, że aż nieprawdopodobny. Szmaragdowe morze w oddali, kobaltowe niebo, szarozielone oliwki i zielone drzewa. Pijemy coś zimnego na ryneczku i jedziemy do Lecce, miasta wzniesionego na starożytnych ruinach. Warto obejrzeć rynek pełen bogato rzeźbionych barokowych budowli z różowego piaskowca i pozostałości rzymskiej świetności miasta. Teren wokół miasta jest płaski i rudy – po zbiorach szarą zielenią świecą tylko plantacje oliwek. Mijając chaotycznie zabudowane wioski, docieramy w końcu do bram otoczonej murami Furnirussi Tenuta. To dopiero co otwarty hotel w szczerym polu, a właściwie na plantacji fig. Tenuta – tak nazywa się spichlerze z białego kamienia, które rolnicy wydłubywali z ziemi, jeśli chcieli ją uprawiać. Hotel stoi nad wielkim basenem ze sztuczną wyspą. Nowoczesny, minimalistyczny – przeciwieństwo klimatycznych folwarków masserii. Poczuliśmy się w nim trochę jak w galerii z bardzo wymyślnymi dizajnerskimi meblami i sprzętami. Za to kuchnia tradycyjna i doskonała. Przy kolacji siedzi ledwo sześć osób, więc mistrz Alessandro wybiega osobiście od garnków i objaśnia, co jemy (i pijemy).

Rano oglądamy Otranto. W średniowieczu był to ostatni europejski port na drodze do Ziemi Świętej, obwarowany i bogaty. Dziś – senne miasteczko na białej skale, o którą rozbija się morze. Wąskie uliczki i doskonale zachowana katedra z rewelacyjnymi mozaikami horoskopu z XII wieku.  Zgłodnieliśmy, a godzina już prawie druga (nie ma żartów, od 13.30 do 19.30 nic tu nie zjesz), więc siadamy w zaułku, gdzie jeszcze chcą nas obsłużyć. Menu rzuca nam – dosłownie – niemiły, wytatuowany grubas. Rozglądamy się i widzimy dookoła samych wygolonych osiłków kręcących przy stolikach interesy. Jak nic, miejscowa mafia… Jemy więc coś w knajpce przed katedrą, choć to pierwszy zakaz w kodeksie mądrego turysty. Na szczęście, nieotruci, jedziemy przez dziki i urokliwy półwysep do Gallipoli. Tu zatrzymujemy się w poleconym B&B i jemy zasłużoną kolację w najlepszej rybnej knajpie w mieście Puritate – z widokiem na morze i spacerujący po nabrzeżu tłum.
 

Histò San Pietro Sul Mar Piccolo
Histò San Pietro Sul Mar Piccolo
Histò San Pietro Sul Mar Piccolo

Powoli wleczemy się malowniczą i wąziutką nadmorską drogą w kierunku Tarentu, podziwiając widoki i coraz bardziej płaski pejzaż. Wjeżdżamy do Mandurii, miejscowej stolicy wina, i wieczorem docieramy do Histò San Pietro Sul Mar Piccolo, zjawiskowego hotelu urządzonego z prawdziwą klasą i rozmachem w dawnym cysterskim klasztorze – idealne niemal połączenie tradycji z dizajnem. Pokoje w dawnych celach, w stajniach recepcja i restauracja, w budynkach gospodarczych – urokliwe spa z basenami. Wszystko, jak na ten standard, w przystępnych cenach. Kuchnia doskonała, obsługa sali dyskretna, sprawna i życzliwa. Kelner nie czai się za plecami, ale gdy kieliszek albo talerz jest już pusty, zawsze zjawi się w porę. Bardzo mi się tu podoba. Trafiamy na gadatliwego kelnera – Giancarlo zdradza, że właścicielem jest młoda żona jakiegoś magnata od energii, w ten sposób spełniająca swoje marzenia. Pokazuje nam też XII-wieczny kościół przerobiony na salę bankietową. W sobotę ma być ślub i trwa dekoracja. Wchodzimy do romańskiego kościółka i zapiera nam dech. Po dziedzińcu biegają koty, a z kuchni wynoszą im miseczki z jedzeniem. Atmosfera bardzo domowa. Następnego dnia leżymy cały dzień nad basenem, popijając białe wino (wpadamy tylko rankiem na malowniczy targ rybny w starym porcie pobliskiego, zaniedbanego Tarentu). W końcu należy nam się trochę lenistwa.

 

Shutterstock.com

Choć to poza Apulią, decydujemy się pojechać do Matery. Aż do XX wieku w tutejszych wapiennych jaskiniach, w strasznych warunkach, bez kanalizacji, żyli ludzie. W latach 50. przesiedlono ich, a „miasto” opustoszało. Dopiero w latach 70. miejsce odkrył reżyser, Pier Paolo Pasolini, ale dopiero gdy Mel Gibson nakręcił tu „Pasję”, wybuchła moda na Materę. Dziś można się przespać w zjawiskowym hotelu w starych jaskiniach – Sextantio Le Grotte della Civita – za jedyne 700 euro za noc! My zatrzymujemy się w skromniejszej dłubance. Właściciele pokazują nam kilkupoziomowy system cystern podziemnych na wodę deszczową i grot, w których ludzie żyli razem ze zwierzętami. Oglądamy film z rekonstrukcji domu. Trudno uwierzyć, że w naszym pokoju rezydowała siedmioosobowa rodzina... Nocą spacerujemy w magicznym wąwozie. W trattorii U Franceski, wydłubanej przy kościele, trafiamy na rozbawioną grupę Włochów śpiewających ile sił w gardłach. Dołączamy się do chóru i my, budząc aplauz.

 

Ostatniego dnia docieramy do Giovinazzo. Meldujemy się w hoteliku San Martin i jedziemy obejrzeć miasto złodziei oraz królowej Bony – Bari. Piękna starówka i katedra św. Mikołaja – ukochane miejsce rosyjskich wycieczek. Jeszcze pobliskie Martina Franca i gigantyczna osamotniona warownia z XIII wieku Castel del Monte w Andrii. Zamiast cywilizacji pozaziemskich, które podobno miały tu lądowisko, w środku zastajemy ładną ekspozycję sztuki i – niestety – stada turystów „zorganizowanych”. Późnym wieczorem padamy na twarz przy stoliku w poleconej restauracji Osteria dei Poeti. Uff…

Zostawiamy Apulię w przeświadczeniu, że warto tu przyjechać nawet na jeden weekend. Oczywiście nie zobaczyliśmy ani plaż na północy, ani wielu innych ciekawych miejsc, ale czy to ważne? Ważne, że było ciepło, inaczej. Że przeżyliśmy tyle pięknych chwil i bardzo się odprężyliśmy.
 

Lokalizacja

Zostań z nami

Bądź na bieżąco