• W hotelu
  • Siedliska

Glendoria - spa pod namiotem

autor: Weronika Kowalkowska, Staszek Gieżyński | 1 września 2014

50 hektarów Mazur: pagórków, jezior, lasów, łąk i maliniaków. A między nimi zaskakujące spa. Witajcie w Glendorii.

To miejsce zupełnie wyjątkowe. Zaledwie po jednej nocy zapomina się, co to biurowce, korki, reklamy, pośpiech. Prawdziwa wieś z bujną, nie do końca ujarzmioną przyrodą: z krzywym płotem obrośniętym kępami pokrzyw i koncertami żab z pobliskiego bajorka. A  zadbany kawałek trawnika przy podgrzewanym basenie to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Krystyna i Artur, właściciele tego miejsca, zapraszają od maja do września. Potem zapadają w zimowy sen.

Na Glendorię składa się pięć pokoi w gospodarstwie, pięć pokoi namiotowych, wielka stodoła łącząca funkcje jadalni i centrum rozrywki. Do tego niezwykłe spa (stworzone z firmą Madame La Mode Natalii Żyro). I mnóstwo dodatkowych atrakcji (altanki, stanowiska do grillowania i palenia ognisk, prywatna plaża nad jeziorem). Gospodarze zadbali o to, by goście nie wchodzili sobie w drogę. Jest tu pod dostatkiem miejsc na „zajęcia w podgrupach”. Nawet pomosty nad jeziorem są dwa, a zakątki, gdzie można rozpalić ognisko – co najmniej cztery. Kto ma ochotę na integrację, ten maszeruje do stodoły.

Ogromna (ponad 300 metrów kwadratowych powierzchni!) budowla została podzielona na cztery strefy. Nad jadalnią z przedwojennymi stołami i zbieranymi przez lata krzesłami od Sasa do Lasa góruje stara młockarnia nazywana przez gości i gospodarzy „centrum dowodzenia”. W  jej zakamarkach ukryto sprzęt obsługujący salę kinową. Wystarczy włączyć komputer, rzutnik i głośniki, a potem zalec na  jednej z ogromnych kanap. Na zewnątrz może sobie mżyć albo lać jak z cebra – stodoła jest kompletnie pogodoodporna.

Jeżeli nie film, to może sesja w miękkim fotelu z książką w jednej i kieliszkiem wina w drugiej ręce? Albo rodzinna partia scrabble czy turniej szachowy? Proszę bardzo – na antresoli znajdziemy biblioteczkę, stos planszówek i święty spokój. Jeżeli nagle usłyszymy gwizd lokomotywy, a w powietrze wzbije się obłok pary, proszę się nie niepokoić. To tylko znak, że gospodarz uruchomił „króla baru” – przedwojenny polski ekspres do kawy, starannie odnowiony i gotowy do akcji. A  kawa pochodzi z lokalnej palarni w Morągu.

Właściciele Glendorii jako pierwsi w Polsce postanowili krzewić ideę glampingu – połączenia biwaku z luksusowym hotelem. Proszę natychmiast wyrzucić z głowy wszelkie skojarzenia z karimatą i spacerami do wygódki! Zasada jest prosta.

Przestronne namioty zostały rozstawione na drewnianych platformach i wyposażone jak eleganckie pokoje hotelowe. Dobudowano do nich łazienki (prysznic, umywalka, w.c.) i duże tarasy, doświetlono – zamieniając frontowe ściany w okna balkonowe. W każdym namiocie ustawiono kozę (piecyk, nie zwierzę – kozy jak najbardziej żywe mieszkają w pobliskiej oborze, razem ze stadem kur i… strusi) i lodówkę. Wnętrza są bardzo eleganckie, przytulne, a jednocześnie przestronne, namioty zaś rozstawione tak, by goście nie musieli się nawzajem oglądać. Najmniejszy, dwuosobowy „W malinowym chruśniaku” to spełnienie marzeń zakochanych – z hamakiem na tarasie i własnym stanowiskiem na ognisko. W pozostałych namiotach mogą się wygodnie rozlokować rodziny albo trzy-, czteroosobowe grupy przyjaciół. W tym sezonie „zadebiutuje” także największy z pokoi namiotowych – 50-metrowy, przedzielony łazienką (jest i dodatkowa ubikacja) przeznaczoną dla dwóch pomieszczeń, z odpowiednio większym tarasem.

Niezdecydowanych zapewniam – noc spędzona w wygodnym, ciepłym łóżku z widokiem na kwitnącą łąkę i przy akompaniamencie żab oraz ptaków to naprawdę coś wspaniałego. Nawet jeśli trzeba będzie czasem wstać i dołożyć kilka polan do kozy.

Pokoje „tradycyjne” są częścią gospodarstwa, a dokładnie – odnowionej i rozbudowanej drewutni. Gospodarze z powodzeniem zastosowali tu twórczy upcykling: do budowy użyto starych belek, a gdzieniegdzie trafia się na stare okno z obory albo drzwiczki od pieca pamiętające Marszałka i jego Kasztankę. W efekcie dom wygląda, jakby stał od 100 lat. Za to rozkład wnętrz jest nowoczesny. Każdy pokój (z jednymwyjątkiem, o czym zaraz) ma osobne wejście i wygodnie umeblowany taras. Gospodarze tak to sprytnie urządzili, że goście nie widzą się nawzajem, choć są bliskimi sąsiadami. Można bez lęku urządzić sobie na tarasie seans opalania topless albo polegiwać na leżaku w wyciągniętych dresach. Telewizorów brak, i dobrze.

Parom, osobom starszym i  rodzinom z małym dzieckiem polecam dwa bliźniacze pokoje na parterze – „Pod żurawiem” i „Pod słowikami”. Są na tyle duże, że zmieści się w nich dodatkowe łóżeczko. Śniadanie i prowiant na drogę można przygotować w kąciku „kuchennym” (lodówka, czajnik elektryczny, zestaw naczyń i sztućców), a wieczorem potraktować taras jak dodatkowy salon.

Mieszkanie w pozostałych pokojach łączy się z wycieczkami po schodach. I to nie byle jakich! Ozdobą dwupoziomowego apartamentu „Jaskółcze gniazdo” są spiralne, żeliwne schody. Piękne i, wbrew pozorom, bardzo wygodne. Prowadzą z parteru (sypialnia z dwoma łóżkami, duży kąt jadalny i łazienka) do zjawiskowej sypialni z tarasem. Na piętrze znajdują się też: apartament „Pod papugami” z widokiem na zachody słońca i dwiema łazienkami oraz trzyosobowy „Albatros” z  50-metrowym tarasem. Do obu prowadzą wspólne schody, więc można je połączyć. Na takiej przestrzeni nawet trzypokoleniowa rodzina z potomstwem będzie się czuła swobodnie i komfortowo.

Minusy? Trudno jakieś znaleźć. Może to, że ani pokoje, ani tym bardziej namioty nie są dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych (choć te na parterze od biedy dadzą radę), a zimne i wilgotne mazurskie noce w połączeniu z dużym metrażem pokoi i brakiem kaloryferów nieraz zmuszą nas do nocnego dokładania drew do kominka (w każdym pokoju jest kominek albo piec). Bo to, że internet najlepiej działa w  stodole, a  komórkom zdarza się tracić zasięg, zaliczam do zalet.

Walizki rozpakowane, w kominku napalone – można się już relaksować. Zacznijmy od basenu. Podgrzewany, z widokiem na łąkę i las, a do tego głęboki (uwaga na dzieci!). Te dwa metry z hakiem to nie przypadek. W Glendorii można zrobić kurs nurkowania pod czujnym okiem gospodarza i instruktora w jednej osobie! Najpierw kilka lekcji w basenie, a potem „rzut na głęboką wodę” jednego z pobliskich jezior. Preferującym bardziej suche formy aktywności polecam wizytę na boisku do siatkówki, wypożyczenie kajaka, roweru, wędki albo kijków do nordic walkingu.

Za to po południu należy zarezerwować sobie kilka godzin w oryginalnym spa. Tu nie ma wyłożonych kafelkami korytarzy ani sączącej się z głośników pseudorelaksacyjnej muzyki. Nie ma także recepcji, szatni czy… ścian. Spa w Glendorii to nie budynek, ale zalesiony pagórek, na którym „rozrzucono” stanowiska do masażu, saunę z pokojem do relaksu, beczkę z hydromasażem dla czterech osób i wanny do zabiegów kąpielowych.

Do spa należy pójść już w szlafroku, spacerkiem przez pełną kwiatów łąkę. Niczym Dorotka w krainie Oz trzymać się krętej ścieżki, która zaprowadzi nas w  odpowiednie miejsce. Na przykład do wielkiej wanny ustawionej w samym środku maliniaka. Aromatyczna kąpiel i podjadanie malin prosto z krzaka – takiej kombinacji nie uświadczysz nawet w najdroższych hotelach. Wszystkie obiekty są albo zadaszone, albo przynajmniej osłonięte moskitierami. Spacer od jednego do drugiego powinien być szybki, bo nawet coroczne opryski nie zdołają wytępić okolicznych komarów.

Glendoria to niesamowite miejsce. Sielsko-anielsko to nie poetycka przesada. Kolacje przy świecach, ogniska z iluminacją z lamp naftowych, rząd krzesełek kinowych na lesistym wzgórzu „do podziwiania seansów zachodzącego słońca”… A kiedy wieczorem na otaczających polach podniesie się mgła, cały świat zniknie i Glendoria będzie waszą bezpieczną wyspą w bezkresie. Być może tylko ocierający się o nogę kot przypomni wam, że jesteście na stałym lądzie, niecałe 40 kilometrów od Olsztyn.
 

OD KUCHNI:
W Glendorii zjemy śniadania i obiadokolacje, menu jest ustalone na cały sezon w cyklu tygodniowym. Znajdziemy w nim dania typowo polskie – pierogi, kapuśniak czy placki ziemniaczane, ale też mus z kurzych wątróbek, udziec jagnięcy i królika. Są przekąski dla dzieci i potrawy wegetariańskie (np. pieczona feta z chili, arbuzem i miętą). W opalanym
drewnem piecu robi się na zamówienie pizze – niebanalne, bo można zjeść włoski placek z ziemniakami, kaparami i anchois albo cukinią i tapenade. Zwiedzając okolicę, warto wpaść do Kawiarni Mazurskiej w Łukcie na wyrabiane na miejscu lody. Nas zachwyciły te w stylu lat 50., czyli tylko z mleka i żółtek – prawdziwy (i pyszny!) wspomnień czar.

Zdjęcia: Rafał Lipski, Edward Kawecki, Glendoria; Stylizacja: Katarzyna Mitkiewicz


ZOBACZ W OKOLICY:

  • Morąg: Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera, pałac Dohnów (wystawa portretowego malarstwa niderlandzkiego z XVII w.).
  • Ostróda: Zamek krzyżacki, wyciąg do nart wodnych, piaszczysta plaża z pomostem.
  • Olsztyn: Zamek kapituły warmińskiej (Muzeum Warmii i Mazur), wiele wystaw malarstwa.
  • Olsztynek: Huta szkła dekoracyjno-użytkowego.
  • Nowe Kawkowo: Uprawa lawendy Joanny Posoch (Lawendowe Pole). W sklepiku można kupić produkty lokalnej manufaktury, m.in.: kremy, lawendowe bukiety, saszetki z kwiatami lawendy.
  • Rozlewisko Morąskie: Fantastyczny rezerwat bagien zamieszkany przez ok. 150 gatunków ptaków.
  • Rzeka Pasłęka: Jedna z najdłuższych mazurskich rzek – liczy 211 km. Można zrobić nią spływ albo popodglądać mieszkające tu bobry (rezerwat).
  • Węgajty: Teatr w stodole. Teatr Wiejski Węgajty, Węgajty 18, tel. 89-512-92-97.
  • Arboretum w Kudypach: Ogród botaniczny z setkami gatunków i odmian drzew oraz krzewów.

Udogodnienia

  • Bliski kontakt z mazurską przyrodą
  • Slow food
  • SPA & wellness
  • Basen zewnętrzny

Kontakt

Glendoria
Łukta, Ględy 45 www.glendoria.pl

Lokalizacja

Zostań z nami

Bądź na bieżąco