Jak stać się próżniakiem idealnym?

O trudnej sztuce nicnierobienia

 Jak stać się próżniakiem idealnym i nauczyć się odpoczywać bez wyrzutów sumienia? Oczywiście słuchając porad „guru próżniaków” – Toma Hodgkinsona.
Jak stać się próżniakiem idealnym i nauczyć się odpoczywać bez wyrzutów sumienia? Oczywiście słuchając porad „guru próżniaków” – Toma Hodgkinsona.

Jesień. Jedni marzą o zaszyciu się pod kocem, inni jadą szukać słońca na południu. Wszystkim chodzi o to samo – żeby trochę odpocząć. Ale czy jeszcze potrafimy?

Zwariowaliście, przyjechaliście na tak krótko? – nie mogą uwierzyć znajomi, którzy dziesięć lat temu wybrali życie na wsi zamiast korporacyjnej kariery. A my – jeszcze przed chwilą dumni, że na Warmię dotarliśmy w piątek w nocy i wyjedziemy dopiero w niedzielę po obiedzie – zaczynamy się wstydzić.

W tym samym czasie nasi znajomi wybierają się na weekend do Rzymu: bladym świtem w sobotę jadą około godziny na podmiejskie lotnisko, na następnym podmiejskim lotnisku wsiadają w autobus, który w godzinę zabierze ich do miasta, potem transport miejski, rozpakowują się, wkraczają w miejski zgiełk, żeby trzydzieści godzin później zacząć podróż powrotną, aby w poniedziałek nie zasypiać przypadkiem „po odpoczynku” w pracy nad komputerem.

– Zrobiliśmy sobie szybki odpoczynek! – oświadczają. Czy to nie brzmi jak oksymoron? W przyspieszonym odpoczywaniu nie jesteśmy jedyni. Świadczy o tym liczba światowych bestsellerów, poradników o tym, jak zwolnić, jak pobyć „odpowiednio” ze sobą. Wśród nich np. „Jak być leniwym” Toma Hodgkinsona, etatowego intelektualisty obiboka Wielkiej Brytanii, założyciela magazynu „Idler” o sztuce nicnierobienia. Autor z odpowiednią dawką angielskiej szydercy zwraca uwagę, jak trudno idzie nam to, co pozornie najłatwiejsze: rezygnacja z aktywności. Przyjrzyjmy się bowiem owym chwilom relaksu – wyczekiwanemu czasowi nicnierobienia, odpoczynku.

5 książek, dzięki którym nauczysz się leniuchować

Kiedy leniuchujesz, czujesz wyrzuty sumienia. Dziwisz się, że czasem można pozwolić sobie na nicnierobienie. Otóż… można. Sprawdź ranking 5 książek, dzięki którym nauczysz się leniuchować.
zobacz więcej »


Wracamy z pracy do domu i/lub nadchodzi weekend. Jedyne, o czym marzymy, to zaszyć się pod kocem i zniknąć dla świata. Ale... świat się o nas cały czas dopomina – w końcu trzeba zrobić pranie/sprzątanie, przeczytać trzy książki (najlepiej o rozwoju osobistym lub coachingu), przebiec maraton albo przynajmniej bieg na 10 km... Lista „to do’s” nigdy nie znika.
Gdy wyjeżdżamy, nie jest lepiej. Ten wyjątkowy – jak by się mogło wydawać – czas staje się dla nas coraz cięższy, coraz bardziej obarczony presją, coraz bardziej nie do zniesienia.

Wracamy z krainy niespełnienia, bogu ducha winnych Seszeli czy innej Hiszpanii, tak zmęczeni (a zawsze na ostatnią chwilę, żeby z odpoczynku wycisnąć jak najwięcej!), że przez następny tydzień przysypiamy w biurze, a na wspomnienie o owej Hiszpanii czy Seszeli robi się nam niedobrze i już nie możemy się doczekać się następnego urlopu, żeby w końcu… odpocząć.

Bo sztuka nicnierobienia nie jest wcale łatwa. Jak mówił Oscar Wilde: „Trzeba się nieźle namęczyć, żeby nic nie robić”. Skoro przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, to w stan relaksu i odprężenia nie wejdziemy ot tak, po prostu. Tak naprawdę – jeśli nie będziemy wiedzieli, jak sobie z czasem wolnym poradzić – może to być moment, w którym nasz organizm (na co dzień w trybie przetrwania, nastawiony na działanie, zaopatrzony w odpowiednie stężenie hormonów i napięcie w mięśniach) postanowi rozluźnić się tak bardzo, że… się rozchorujemy. A nasz umysł – na co dzień tłumiący falę wątpliwości, ważkich kwestii, odsuwający nasze lęki na później, dobierze się do nich właśnie podczas bezproduktywnego lenistwa. Koszmar! Co robić?

reklama


Jak to mówił porucznik Aldo Raine w „Bękartach wojny”: „Wiesz, jak dostać się do Carnegie Hall? Ćwicz”. Nicnierobienie nie przychodzi nam z łatwością, tak jak jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie jest medytacyjne wyłączenie umysłu. Dlatego nie obejdzie się bez włączania do swojego życia codziennego praktyk, które – nie spychając całej odpowiedzialności za nasz relaks  – pozwolą nam się wyłączyć, skontaktować ze sobą, przymierzyć się do planu większego lenistwa. Bo tak, o lenistwo tu chodzi – najprawdziwsze, najczystsze, obrzydliwe lenistwo. Oczywiście „obrzydliwe” w postfordowskim społeczeństwie konsumpcyjnym czy w zahaczającej o protestancką etykę pracy kulturze, w której owa praca ma nas zbawić…

Lenistwo nieobarczone poczuciem winy, lenistwo z prawdziwą przyjemnością, rozsmakowane – niczym medytacja właśnie – w każdym momencie kreatywnego braku aktywności lub aktywności niepodporządkowanej większemu celowi. Mój ulubiony Tom Hodgkinson w swojej książce – niebędącej wcale poradnikiem! – daje inspirujące przykłady czynności, o których być może zapomnieliśmy, a które stworzą z nas próżniaka idealnego.

I do tego każdą z lansowanych przez siebie pozycji nicnierobienia popiera niezliczonymi, erudycyjnymi przykładami z życia wielkich pisarzy, filozofów i – sic! – działaczy, oraz okrasza
cytatami. Na liście rzeczy do zrobienia Hodgkinsona jest między innymi długie poranne kokoszenie się w łóżku i późne wstawanie, wagarowanie i symulowanie przed pracodawcą choroby, rozkochanie się w prawdziwym chorowaniu i kacu, czyli niemocy.

Są tu też długie lunche, herbata, pierwszy drink (po przebudzeniu, jak Hemingway!), są medytacje, seks (któremu autor poświęca rozczarowująco mało uwagi), włóczęga, łowienie ryb i palenie. Jest i zadyma, jest imprezowanie, ale jednocześnie siedzenie w domu. Autor jest tego zdania, co Pascal (który pisał to w 1670 roku!), że większość problemów człowieka bierze się z tego, że sam z sobą spokojnie w izbie wysiedzieć nie może…



Jak widać, nicnierobienie rzadko łączy się z całkowitym brakiem aktywności. Więcej ma wspólnego z mindfulness – sposobem świadomego życia opartym na uważności, niejako świeckiej medytacji nad każdą z czynności, którą wykonujemy – i praktykowaniem przyjemności, porzucaniem tego, co nieistotne, na rzecz rozpuszczania się w sobie. Brakiem napięcia, kosmicznych wymagań i – co za tym idzie – poczucia winy.

Czy można bowiem źle leżeć? Nieprawidłowo plażować czy nieodpowiednio siedzieć w domu? W utopii Hodgkinsona, którą z powodzeniem realizuje w swoim życiu od wielu lat – porzucił życie w mieście na rzecz wsi, a karierę w poczytnym dzienniku zamienił na aktywne leserstwo i nauczanie go innych – w końcu nie potrzebujemy wakacji ani wyjazdu w ciepłe kraje! Bo po co jechać daleko i męczyć się w podróży, skoro lenić się można tu i teraz: zwalniając na chwilę, myśląc o sobie i rozpuszczając się w przyjemności bycia? Wtedy naprawdę nie ma już od czego odpoczywać.

Tekst: Aga Kozak. Zdjęcia: Getty Images.

Zobacz także

© Wydawnictwo TE-JOT

  • Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.K.
  • ul. Malczewskiego 19, 02-612 Warszawa
  • tel. 22 854 14 65, fax: 22 854 14 69

Redakcja magazynu

  • 02-612 Warszawa, ul. Malczewskiego 19
  • tel. 22 854 14 65, faks 22 854 14 69

Reklama

  • Product manager kom. 602 686 604
  • Beata Łapińska tel. 22 854 14 32

LOGO Weranda weekend

Redakcja internetowa

  • e-weranda@weranda.pl
Wczytywanie danych...
Youtube
Pinterest